Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Kto im podciął skrzydła?

Czy Polska jest krajem zmarnowanych talentów sportowych? Patrząc na nasze słabe wyniki choćby podczas londyńskiej olimpiady, wypada na to pytanie odpowiedzieć twierdząco. Gdzie są zatem reprezentanci, którzy byliby w stanie nakarmić nas swymi sukcesami? Czy się tacy już nie rodzą? A może są, tylko ktoś nieopatrznie podcina im skrzydła?

Władze się nie spisały

O występie na olimpiadzie nie myślała nigdy 20-letnia dziś Monika. Zawsze uwielbiała biegać i już w szkole podstawowej dała się poznać, jako waleczna lekkoatletka. Uczestniczyła w dziesiątkach imprez sportowych, przywoziła medale, puchary. Cieszyli się rodzice, nauczyciele, z dumy pękali lokalni notable. W gimnazjum przyszły pierwsze poważne sukcesy w zawodach na szczeblu wojewódzkim i ogólnopolskim. Moniką zaczęły interesować się kluby lekkoatletyczne. W jednym z nich zdecydowała się trenować.

- Miałam potencjał i dobrego nauczyciela wychowania fizycznego, który mną odpowiednio pokierował. Uświadomił mi, że te moje zdolności można przekuć na duży sukces. Poszłam do klubu, ale od razu pojawił się problem. Na zajęcia musiałam dojeżdżać do miasta. Trzy razy w tygodniu po 60 kilometrów w jedną stronę. Żeby opłacić bilety potrzebna była fortuna. Na rodziców liczyć nie mogłam. Raz, czy dwa zawiózł mnie brat, potem stwierdził, że to zbyt wiele jak na jego kieszeń. Mój wuefista z gimnazjum widział, co się dzieje i na własny koszt woził mnie na treningi. Ale też nie mógł tego robić w nieskończoność. Wiem, że w mojej sprawie wielokrotnie walczył z miejscowymi radnymi. Niestety, nic nie wskórał. To bolało, bo powszechnie wiadomo było, że na przykład na piłkę nożną funduszy nie szczędzono. Moje lekkoatletyczne osiągnięcia były dla władz niczym w porównaniu z lokalnie kopanym futbolem – żali się Monika. – Kto w takim razie ma być mecenasem sportu na wsi? W środowisku, gdzie nie ma rozwiniętego biznesu, gdzie ludzie żyją przede wszystkim z ziemi, ciężar wspierania młodych talentów winna wziąć na swoje barki gmina. Moje władze się nie spisały. Dzisiaj nie trenuję wyczynowo. Ukończyłam artystyczne liceum, a teraz studiuję filologię angielską. Sport traktuję jedynie w kategoriach relaksu. A mogło być inaczej...

Nie dał się oszlifować

Niebywale zdolnym lekkoatletą był także Damian, 23-latek spod Wielunia. Jako gimnazjalista swą wydolnością zaskakiwał fachowców, którzy z niedowierzaniem zerkali na stopery. Typowy naturszczyk, nigdy nie trenował, wytrzymałość miał we krwi. W jego przypadku kluczową rolę również odegrał nauczyciel wychowania fizycznego. Posłał go kiedyś na zgrupowanie nad morze. Ze wsi on sam, reszta miastowi. Żarty sobie z niego robili, śmiali się, że czasem zaciąga wiejską gwarą. Ale kiedy trzeba było zrobić rundę po wydmach, niby wytrenowane mieszczuchy padały jak muchy, a on niemal bez zadyszki samotnie wpadał na metę. Wszyscy szkoleniowcy głośno wiwatowali: Mamy prawdziwy diament! Trzeba go tylko oszlifować!

Ale Damian oszlifować się nie dał. Zaraz po przyjeździe znad morza swe kroki skierował do lokalnej knajpki, gdzie przygarnęli go dawni koledzy. Nieodpowiednie towarzystwo, alkohol, papierosy (które de facto palił nawet podczas wspomnianego zgrupowania) – wszystko to spowodowało, że sport poszedł w odstawkę. Szkoły żadnej nie skończył, roztył się. Przyczyniła się do tego zapewne jego praca w rzeźni. Kto mu podciął skrzydła? Sam zadecydował, że pójdzie inną drogą. Sportowy talent unicestwiło w nim także trudne środowisko. Zabrakło kogoś wystarczająco silnego, kto byłby w stanie nakłonić go do powrotu. Alkoholowy amok sprawił, że stał się głuchy na racjonalne podszepty życzliwych. Po latach pewnie stwierdzi, że może dobrze byłoby ich wtedy posłuchać? Nawet gdyby zrozumiał to dziś, będzie już i tak za późno. Nie ma już Damiana – lekkoatlety.

Bo mama chciała na prawo...

Choć trudno w to uwierzyć, negatywny wpływ na rodzące się sportowe kariery miewają również rodzice. Nie cieszą się, że ich pociechy brylują wśród swych rówieśników, że reprezentują szkoły w imprezach sportowych. Są natomiast głęboko zawiedzeni. Czym? A tym, że dzieciaki biegają, skaczą, grają w piłkę - słowem trwonią czas na głupoty, zamiast zająć się czymś bardziej pożytecznym. Nie pomagają namowy nauczycieli. Rodzice wiedzą przecież lepiej, co dobre dla ich pociech.

22-letni Michał jest obecnie studentem prawa na Uniwersytecie Wrocławskim. Mimo, że zalicza kolejne semestry, z rozbrajająca szczerością przyznaje, że nie jest do końca przekonany, czy chce realizować się w wyuczonym zawodzie.

– Pewny swego to ja byłem jeszcze w szkole średniej, kiedy trenowałem kolarstwo. Na swym koncie miałem wiele udanych startów. Raz nawet otarłem się o podium w mistrzostwach Polski. Jestem pewien, że gdybym dalej jeździł, dzisiaj byłbym członkiem którejś z grup zawodowych. W klubie byłem uważany za kolarskiego łobuza, co wbrew pozorom było nie lada komplementem. W peletonie nie ma miejsca dla mięczaków. Trzeba się nieźle naharować, żeby dzień w dzień drałować po 150 kilometrów i jeszcze osiągać dobre wyniki. W domu byłem gościem, cały czas miałem zgrupowania, treningi, wyścigi. Kolarstwo kompletnie zdominowało moje życie. Rok przed maturą wszystko się jednak skończyło. Do klubu przyszła matka i powiedziała trenerowi, że już wystarczy tego jeżdżenia i że od tej pory będę się przygotowywał do egzaminu dojrzałości. Zamarł on, zamarli koledzy, zamarłem i ja. W jednej chwili moja matka wywróciła mi świat do góry nogami. Walczyłem, ale po pewnym czasie się poddałem. W końcu to najbliższa mi osoba, nie mogę jej zawieść. Chce, żebym był prawnikiem. Bo to porządny zawód. A nie jakieś tam jeżdżenie na „kolarzówce” – opowiada Michał, kolejny młodzieniec z podciętymi skrzydłami.  

Albo ja, albo sport

Profesjonalna aktywność fizyczna może też przegrać w konfrontacji ze... sferą uczuciową. Pan Mirosław nigdy za sportem nie był. Na co dzień idealnie spisywał się w roli przykładnego męża i ojca. Poszedł jednak kiedyś na badania okresowe i lekarz postraszył go, że jeśli za siebie się nie weźmie, to zapadnie na chorobę wieńcową. Po tych słowach zawziął się. Kupił dres, buty do biegania i pulsometr. Najpierw biegał po kilometrze, potem po dwa, trzy i więcej. Po roku zrobił badania i okazało się, że wyniki są wręcz wzorcowe. Nie zachłysnął się swym osobistym zwycięstwem. Zadecydował, że rozpocznie przygotowania do udziału w maratonie. Po pierwszych zaawansowanych treningach do akcji wkroczyła jednak jego małżonka.

- Dostałem ultimatum: „Albo ja, albo twoje bieganie”. Normalnie ręce mi wtedy opadły. Nie jestem już młodzieniaszkiem, ale poczułem się wówczas jakby ktoś zatrzasnął mi wrota do sportowej kariery. Żona nie mogła zrozumieć, że bieganie stało się moją pasją. Niestety, muszę przyznać, że okazałem się totalnym pantoflarzem i zaakceptowałem jej ultimatum. W maratonie nigdy nie wystartowałem. I bardzo dziś tego żałuję. Do końca z bieganiem jednak nie zerwałem, wyskakuję sobie czasem na pół godzinki w pole z psem. Na tyle żona pozwala – z nostalgią w głosie konstatuje pan Mirosław.

 

Przemysław Chrzanowski
Fot. autor

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Dołącz do nas

      YTxyXYx