Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Żeby sołtys nie był cieciem…

Rozmowa z Piotrem Kłobuchem, sołtysem Węgorzewa Koszalińskiego.


Piotr Kłobuch, sołtys Węgorzewa Koszalińskiego.

Przemysław Chrzanowski: Będąc gościem jednej z telewizji śniadaniowych, włożył pan kij w mrowisko, wskazując na fakt, iż sołtysi nie mają możliwości podjęcia formalnej dyskusji z władzami lokalnymi.

Piotr Kłobuch, sołtys Węgorzewa Koszalińskiego: - To prosta rzecz techniczna, niewymagająca żadnych nakładów finansowych, a przywracająca powagę urzędu sołtysa. W biurokratycznej machinie jego głos bardzo mało się dziś liczy. Dlaczego? Bo nikt jego udziału w dyskusji nie traktuje w sposób formalny. Stąd postuluję konieczność wprowadzenia interpelacji sołeckich. To spowoduje, że podejmowanych przez sołtysa, czy też radę sołecką kwestii nie będzie się zamiatało pod dywan.

Od dziesięciu lat na zebraniach sołeckich w mojej miejscowości pada wniosek o oczyszczenie miejscowego stawu, akwenu notabene usytuowanego na terenie gminnym. My oczywiście sprawę zgłaszamy samorządowi, tylko permanentnie nie otrzymujemy w tej kwestii żadnej odpowiedzi. Słyszymy tylko, że zgłaszane wnioski będą rozpatrywane i realizowane, gdy pozwolą na to środki budżetowe. Czyli tak naprawdę nigdy. Bo nikt burmistrza lub wójta nie może pociągnąć do odpowiedzialności, jeśli czegoś nie robi.

Obecnie jest pan nie tylko sołtysem, ale i radnym. Czy dzięki temu pański głos jest bardziej słyszalny?

- Oczywiście, że tak. Teraz, gdy składam interpelację jako radny, urzędnicy odpowiadają mi w terminie 21 dni. I muszę przyznać, że w tej kwestii przecieram szlaki. Może trudno to sobie wyobrazić, ale przez te dziesięć lat kiedy jako sołtys bywałem na sesjach rady miejskiej, mało kto korzystał z prawa do interpelacji.

Można powiedzieć, że ten samochód pod nazwą „interpelacja” stał sobie niewykorzystany w garażu i tylko czasami ktoś nieśmiało odpalił silnik. Być może, że radni jak nawet mieli jakieś wątpliwości, to takiej interpelacji nie potrafili napisać. Na przestrzeni ostatniego roku udało mi się jednak doprowadzić do tego, że w urzędowym Biuletynie Informacji Publicznej, dopiero teraz, pojawił się rejestr interpelacji radnych.

Z jednej strony mieszkańcy widzą jak o ich sprawy zabiega człowiek, którego poparli w wyborach, z drugiej sami radni czują się niejako zobligowani do podjęcia jakiejkolwiek aktywności. W mojej radzie jest tak, że jak na razie z interpelacjami na piśmie występuje trzech jej członków. A dlaczego pozostałych dwunastu nie pisze interpelacji w interesie swoich mieszkańców? Tego nie potrafię zrozumieć, bo ja widzę masę problemów.

Sołtysi, którzy chcą zaistnieć ze swoimi sprawami na sesji rady gminy nie mają takiego wyboru. Czy rzeczywiście nikt ich nie chce słuchać?

- Sołtysi są zapraszani na sesje rad gmin, mogą u nas zabierać głos podczas trybuny obywatelskiej, na coś się nie zgadzać, ale nie niesie to ze sobą żadnych skutków. Są „wyautowani” w obecnym systemie prawnym.

Mają bardzo ładną, historyczną nazwę, ale są pozbawieni podstawowych instrumentów, dzięki którym mogliby dopominać się o ważne dla sołectwa sprawy. Chodzi o swego rodzaju elegancję postępowania urzędu z człowiekiem, piastującym ważną funkcję w konkretnej miejscowości. Skoro latami można nie odpowiadać na nasze pisma, skoro zgodnie z literą prawa ignoruje się nasze oczekiwania, to to jest nie w porządku.

Mamy dziurę w systemie prawnym, którą trzeba jak najszybciej załatać. To zadanie dla ludzi tworzących prawo w naszym kraju, tymczasem posłowie z Warszawy, Koszalina, czy Szczecina nie wiedzą nic na temat tego, co się dzieje na wsi. Bo nigdy nie byli sołtysami i nie wsłuchiwali się w ich potrzeby. Nie zdają sobie nawet sprawy z tego, że tu na dole może dochodzić do tak rażącej dyskryminacji. Przecież są gminy, w których nie ma nawet możliwości zabrania głosu na sesji, bo niejedna rada gminy postanowiła, że nie będzie trybuny obywatelskiej, na której mogą zabrać głos mieszkańcy.

Czy zatem dyskryminowany sołtys to dyskryminowane sołectwo?

- Oczywiście. Chociaż zapewne niejeden człowiek dajmy na to z Rzeszowa, czy Warszawy powie panu, że przecież o interesy swoich mieszkańców dbają radni. Tymczasem okręgi wyborcze są tak wydzielone, że w ich skład wchodzi często po kilka miejscowości. Konia z rzędem temu, kto stwierdzi, że radny z takiego okręgu w równym stopniu zajmie się każdą z tych wiosek. Znam sytuacje, gdy radny odmówił sołtysowi złożenia interpelacji w sprawie jego wioski. A to oznacza, że problem tej wioski nie ujrzał światła. Czyli celowo został przemilczany. Jeżeli ktoś uważa, że to bzdura, to znaczy, że nigdy nie spróbował życia na wsi.

Dobry sołtys to zagrożenie dla władzy?

- Każdy sołtys, który ambitnie podchodzi do swoich obowiązków, pisze projekty, udziela się w organizacjach pozarządowych, inwestuje w swoje wykształcenie, będzie poczytywany jako silna konkurencja w kolejnych wyborach. Radni z danego terenu, w obawie o własne stołki, rzadko będą komuś takiemu sprzyjać.

Często będą uważać jego osobę za niewygodną, będą blokować jego pomysły. To nie są słowa wytrząsane z rękawa, ja to przerobiłem na sobie, kiedy przez dwie kadencje nie miałem szansy, aby uzyskać jakąkolwiek pomoc ze strony radnego z mojego okręgu.  

Sporo uwagi poświęca pan kwestii interpelacji, tymczasem samo jej wyartykułowanie niczego jeszcze nie załatwia.

- To prawda, ale dzięki interpelacji problem wypływa na powierzchnię i zmusza urząd do tego, by mu się przyjrzał i odpowiedział na piśmie. Interpelacja nie wpływa na kształt budżetu, w żaden sposób go nie obciążą, to tylko propozycja, którą należy przedyskutować, a w przyszłości może i przegłosować – jeśli zgłoszona koncepcja znalazłaby poparcie większości rady.

Ale już samo dopuszczenie sołtysa do głosu na równym parytecie z radnymi byłoby tu zmianą epokową. Wreszcie poczulibyśmy się równorzędnymi partnerami, przestalibyśmy być „cieciami”, którzy z autopsji znają trzy komendy: zanieś, przynieś, pozamiataj. Przesadzam?

Najpierw muszę poroznosić nakazy, potem zebrać i przynieść pieniądze z podatku, a na koniec skrzyknąć mieszkańców, by wspólnie uporządkować wioskę, albo rozsypać przyczepę zmielonego gruzu po dziurawej drodze – czyż nie takie oczekiwania wypływają z urzędu pod adresem sołtysa?

Oburza mnie to, że często tak się wykorzystuje dobre serce ludzi, którzy są przecież demokratycznie wybranym reprezentantem mieszkańców. Opinię swoją opieram na wielu rozmowach z sołtysami, ponieważ dużo jeżdżę po Polsce. Stale też uczestniczę w rozmaitych szkoleniach i spotkaniach, znam więc nasze środowisko od podszewki.

Na tej podstawie wiem, że sołtysów często traktuje się jako darmową pomoc dla gminy. A tak być nie powinno, bo sołtysi to ludzie, którzy przede wszystkim powinni reprezentować swoich mieszkańców i być traktowanymi przez gminę jako wartościowi partnerzy.

Dlatego warto wprowadzić do ustawy o samorządzie pojęcie interpelacji sołeckiej, tak aby wnioski zgłaszane przez sołtysów, były rozpatrywane w takim samym czasie jak interpelacje radnych.

Mądre państwo powinno wspierać takich ludzi jak sołtysi i wyrównywać ich szanse w relacji z gminną biurokracją. Bo bez prawdziwego dialogu, gdzie sołtys pyta, a urząd odpowiada, nie będzie warunków dla rozwoju społeczeństwa obywatelskiego na polskiej wsi.

***

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Dołącz do nas

      YTxyXYx