Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Na lisim polu rośnie lawenda

 

Przemysław Chrzanowski: Uciekła pani z miasta, by żyć na wsi z tego, co urodzi ziemia. Ale nie wszystkim tym, którzy porzucili pracę w korporacjach i poszli tą drogą się udało. Czy uprawianie lawendy to pewny interes?

 

Hanna Kamieniecka, właścicielka jednego z największych lawendowych pól w Polsce: - Moja ucieczka z miasta jest jednocześnie powrotem do korzeni. Pole, na którym uprawiam lawendę przed laty należało do moich przodków. Historia zatem zatoczyła koło. Realizując swój plan staram się ryzyko ograniczyć do minimum. Gdybym miała kupić ziemię, pójść do banku po kredyt, pewnie nigdy nie odważyłabym się na taki krok. Mam to szczęście, że nie muszę niczego stawiać na jedną kartę. Z drugiej strony, nie zamierzam „zajeżdżać się” na tym polu tylko dla przyjemności obcowania z pięknymi roślinami. Moja plantacja ma przynosić zyski.

Koncepcji na zagospodarowanie takiej działki pewnie jest wiele. Można posadzić jagody amerykańskie, hodować jedwabniki, albo uprawiać kapustę. Dlaczego postawiła pani na lawendę?

- Jestem estetką, kapusta zdecydowanie do mnie nie przemawia... Koszt założenia plantacji był do ogarnięcia, mieścił się w moim biznesplanie. Poza tym chodziło o uprawę rośliny wieloletniej, której nie trzeba byłoby podlewać. Budowa systemu nawadniającego generuje wysokie koszty, a tych już na początku zamierzałam uniknąć. Chciałam również, by była to roślina, z którą będę sobie w stanie poradzić bez zawodowego przygotowania. Początkowo byłam kompletnym laikiem, wszystkiego uczyłam się metodą prób i błędów. Od początku wkładam w to jednak dużo serca i oczywiście pracy. Wierzę, że lawenda mi się za to wszystko odwdzięczy. Właściwie już daje mi to odczuć, ponieważ plantacja zaczyna przynosić realne zyski.

Nie wierzę, że bez jakiegokolwiek przygotowania merytorycznego udało się pani wyhodować tak dorodne krzewy.

- Tajemnica częściowo tkwi w odpowiednich sadzonkach. Ja kupiłam je od polskich plantatorów – Moniki i Mikołaja Dyba, którzy mają szkółkę pod Jutrosinem koło Milicza. Po sadzonki warto także zapukać do Doroty i Tomasza Pawlaków, zamieszkujących w Górach Izerskich. Odmiana, którą ja posiadam jest przystosowana do naszych rodzimych warunków. Niezwykle istotne jest to, by nabywać sadzonki z pewnych źródeł. Ludzie urzeczeni pięknem lawendy widzianej gdzieś we Francji sprowadzają ją do siebie, a potem jest wielkie rozczarowanie, bo odmiana ta źle się czuje w polskich warunkach. Krzewy „wypadają” wtedy jeden po drugim... U mnie też znajdą się takie miejsca, w których lawenda nie rośnie. To efekt oprysków stosowanych przez sąsiadów uprawiających zboża, czy ziemniaki.

No właśnie. Czy w przypadku lawendy należy stosować jakiekolwiek środki ochrony roślin?

- Obecnie nie stosuję żadnych środków. Moje krzewy, jak na razie, dają sobie doskonale radę bez chemicznego wsparcia. W ubiegłym roku natomiast cała działka była wapnowana, robiłam to po to, by obniżyć ph gleby. Ponadto cały teren był obsiany wieloskładnikowym nawozem mineralnym. I na tym koniec. Nie stosując w tym sezonie żadnych oprysków, trochę eksperymentuję. Wierzę, że nic złego mojej lawendzie się nie stanie.

A co ze szkodnikami? Czy lawenda jest na nie odporna?

- Największym wrogiem lawendy są grzyby. Te najlepiej rozwijają się w terenie narażonym na podtapianie. Stąd bardzo istotne jest to, by lawendowa działka była położona w wyższych partiach danego areału. Mam to szczęście, że moja plantacja usytuowana jest korzystnie, jej końcówka dość znacznie opada, co w naturalny sposób zapewnia odpływ nadmiaru wody. Problematyczne w tym kontekście może być zbyt ciasne nasadzenie lawendowych krzewów, zakłóca się w ten sposób naturalne przesychanie gleby, a to stwarza idealne warunki do rozwoju grzybów. W ubiegłym roku po ulewnych deszczach, choroby grzybowe zaatakowały jeden z uprawianych przeze mnie gatunków. Natychmiast wykonany został oprysk środkiem grzybobójczym. Efekt był taki, że rośliny i tak padły.

A czy zagrożeniem dla plantacji może być na przykład luźno spacerująca krowa sąsiadów?

- Oczywiście, że tak. Na szczęście do takiej sytuacji jeszcze nie doszło. Staram się żyć w zgodzie z otaczająca rzeczywistością. Jest tu mnóstwo bażantów, kuropatw, drobnych gryzoni. Żadne z tych stworzeń nie niszczy plantacji. Wiadomo, że z kilku połamanych gałązek nie będę robić tragedii. Od samego początku chciałam, żeby to było otwarte pole i tak pozostanie. Co ciekawe nawet sarny i zające w szkodę nie wchodzą, zauważyłam, że w lawendzie raczej nie gustują.  

Lawenda pięknie rośnie, zbieramy ją i co dalej? Jak się na niej zarabia?

- Zacznijmy od tego, że lawendowych plantacji jest w Polsce kilkanaście i każda z nich w zasadzie ma inny profil. Niektórzy nastawiają się tylko na susz, inni produkują sadzonki, a jeszcze inni zaopatrują kwiaciarnie. Moja produkcja jest dla odmiany wielotorowa, nie nastawiam się konkretnie na jeden sposób upłynniania lawendy. W zeszłym roku największa część plonu została sprzedana w postaci suszu. W tym sezonie, choć jest on dopiero w rozkwicie, najlepiej sprzedają się bukiety. Tutaj trzeba być niezwykle elastycznym, ponieważ za moment może się okazać, że bardziej opłacalna będzie sprzedaż hurtowa. Nie mniej coraz śmielej odzywa się do mnie branża ślubna, mnóstwo panien młodych zamawia bukiety, a lawendowe pole okazuje się być idealnym plenerem dla ślubnych sesji fotograficznych. Jak w każdym biznesie, zawsze trzeba być czujnym, ponieważ konkurencja – szczególnie ta zagraniczna – nie śpi.

Wiadomo, że w walce z konkurencją najlepiej nie być osamotnionym. Czy ludzie uprawiający lawendę w Polsce wspólnie dbają o swoje interesy?

- To jest bardzo wąska grupa osób, więc śmiało mogę powiedzieć, że wszyscy się znamy. Idealnym miejscem do kontaktu i wzajemnego poznania się jest oczywiście internet. Jesteśmy rozsiani po całym kraju, a więc taka forma porozumienia jest najbardziej odpowiednia. Często rozmawiamy, wymieniamy się swoimi doświadczeniami, czasami staramy się wspólnie „przegryźć” jakiś problem. Wszelkie wskazówki, które trafiają do nas tą drogą są bardzo cenne. Dlaczego? Bo na rynku wydawniczym istnieje śladowa ilość publikacji na temat lawendy. Tak naprawdę cała wiedza o niej tkwi w ludziach. Wszyscy jesteśmy przede wszystkim pasjonatami, którzy nie bacząc na swoje (zwykle odległe od agrotechnicznego) wykształcenie zabrali się za uprawę tej pięknej, aromatycznej rośliny. W gronie lawendziarzy są na przykład informatycy, ja dla odmiany jestem historykiem sztuki... Trzymamy się też jednej zasady, by wzajemnie sobie nie wchodzić w drogę.

Odwiedziłem niedawno pani stronę w internecie, mnóstwo tu ciekawych informacji, zdjęć. Czy taka forma promocji przekłada się na wzrost zainteresowania produktem, który rośnie na lawendowym polu?

- To jedyna forma promocji, ale na obecną chwilę wystarczająca. Gdyby nie sieć, mój biznes skazany byłby zapewne na niebyt. Internetowa promocja dotyczy również obszaru social media. Tylko na FB moje Lawendowe Lisie Pole ma ponad 1100 plubień. Na tę liczbę składają się w nikłym stopniu moi faktyczni znajomi, to w większości fani lawendy, moi potencjalni klienci. Fachowcy twierdzą, że przynajmniej pół roku trzeba popracować w social media, by ta machina ruszyła. I coś jest na rzeczy, sama się o tym przekonuję. Nie ukrywam, że wiele czasu poświęcam na budowanie swojej tożsamości w sieci. Robię dużo zdjęć, odpisuję na wszystkie e-maile, staram się być zawsze na bieżąco z tym co dzieje się w moim wirtualnym świecie. Przekłada się to na ilość zamówień, na ilość osób, które do mnie przyjeżdżają.

Pani plantacja nie jest zwykłym lawendowym polem, to jak pani wspomniała Lawendowe Lisie Pole. Wiem, że nazwa związana jest z nazwiskiem pradziadków, którzy niegdyś byli tu gospodarzami. Czy przy takiej działalności konieczne jest budowanie historycznej aury? Czy był to zabieg czysto marketingowy?

- Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Kiedy szukałam nazwy dla swojej plantacji, najpierw sprawdziłam jak wybrnęli z tego inni lawendziarze. Nie chciałam, by moje pole było kolejną „lawendową farmą”, zależało mi na pewnej odmienności. Kiedy wpadłam na pomysł, że nawiążę do nazwiska swoich przodków, jedna z koleżanek starała mi się wybić to z głowy. Uparłam się jednak i zadecydowałam, że pójdę w tym kierunku. Lisie pole to konstrukcja słowna, która na pewno zapada w pamięć. Napisałam do dziewczyny, która profesjonalnie zajmuje się tworzeniem identyfikacji wizualnych dla firm. Opowiedziałam jej całą historię, a ona uznała, że to bardzo dobry pomysł. W efekcie po kosztach wykonała dla mnie świetne logo, które widnieje na mojej stronie w internecie. Dzisiaj Lawendowe Lisie Pole staje się marką, z której jestem dumna.

***

Gdzie jest Lawendowe Lisie Pole?

Lawendowe Lisie Pole

Hanna Kamieniecka

Bieniądzice 18 a

98-300 Wieluń

Telefon: +48 664 048 309

e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

www.lisie-pole.eu

Fot. autor

 

1 komentarz

  • Andrzej

    Fajna sprawa ale właścicielce trudno będzie z tego wyżyć. Chociaż życzę P. Hani jak najlepiej to myślę, że z dodatkową pracą nigdy się nie rozstanie, takie są niestety realia pracy na wsi.

    Andrzej czwartek, 16, kwiecień 2015 19:47 Link do komentarza

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Dołącz do nas

      YTxyXYx