Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Edukacja regionalna po kociewsku

Przemysław Chrzanowski: Co pani robi na Kociewiu?

Mirosława Moeller, regionalistka i członkini Kapeli Kociewskiej: - Jestem nauczycielem Ogniska Pracy Pozaszkolnej, zajmuję się szeroko pojętą edukacją regionalną. W naszej placówce skupiamy się na bardzo wielu aspektach kociewskiego folkloru. Mamy u siebie trzy zespoły: dziecięcy, młodzieżowy i taki, w którym udzielają się dorośli. Śpiewamy frantówki, tańczymy na regionalną, kociewską nutę. Organizujemy liczne konkursy, niektóre mają nawet zasięg ogólnopolski – jak choćby ten na kartkę bożonarodzeniową, czy szopkę. Ale to nie wszystko: staramy się robić olimpiady regionalne, konkursy tematyczne dla młodzieży. Uważamy, że niebywale istotna jest świadomość swego pochodzenia. Trzeba znać nie tylko historię swojego kraju, ale przede wszystkim historię swojej małej ojczyzny. Wspólnym mianownikiem dla naszych działań jest zawsze kultura kociewska.

Edukacja regionalna, ogólnie rzecz biorąc, kuleje. Po macoszemu obchodzą się z nią programy szkolne. Dlaczego tak się dzieje?

Kiedyś istniały tak zwane ścieżki regionalne, które miały tę sytuację poprawić. Teraz ich już nie ma, dlatego pole do popisu mają takie placówki jak nasza. Staramy się to wszystko zebrać i w przyswajalny sposób przekazać dzieciakom. Paradoksalnie staramy się to robić poprzez nauczycieli. Organizujemy dla nich warsztaty, uczymy tańców, opowiadamy o regionie. Potem oni w swoich szkołach tworzą grupy regionalne, zespoły folklorystyczne, przekazują nabytą wiedzę swoim uczniom.

Ale to nie jest łatwa materia. Przecież współczesna młodzież nie myśli o swoich korzeniach, a o nowych modelach telefonów komórkowych…

I tu pana zaskoczę: to nie jest prawda. Jeżeli w atrakcyjny sposób młodym ludziom przekaże się te z wyglądu niesmaczne treści, to potem okazuje się, że oni chcieliby jeszcze więcej… To taki rodzaj głodu, który trudno zaspokoić. Realizowaliśmy niedawno projekt „Skąd jestem? Prywatna historia Kociewia”, którego ideą było poszukiwanie własnych korzeni. Młodzi ludzie kręcili profesjonalny film. Dzięki fundacji Orange mieliśmy pieniądze na fachowców, którzy pokazali jak operować kamerą, jak pisać scenariusze. Nasza rola natomiast polegała na przemycaniu wiedzy o regionie. Wyszło kapitalnie, jest piękny film i jest ów głód ciągle niezaspokojony.

Edukacja regionalna „należy się” nie tylko młodym ludziom. Dorośli też mają spore braki…

To prawda. Mamy tego świadomość, dlatego ich nie zaniedbujemy. Obecnie skupiamy się na reaktywacji oczywistej tradycji, jaką jest wspólne śpiewanie kolęd. Namawiamy przedstawicieli starszego pokolenia, by inicjowali rodzinne spotkania przy wigilijnym stole ze stosowną pieśnią na ustach.

Mówiąc o tym wszystkim, przemyca pani czasem słowa, pochodzące z gwary kociewskiej. Jaka rolę odrywa język w kultywowaniu tradycji regionu?

Gadom po naszamu. My nie mamy języka, a gadomy gwarom. Ja żem to wyniosła z mojej chałupy. Tak gadała moja babka, czyli lulka, tak gadała mamka i moje insze krewne. Ja nie wiedziała, że ja gadom po naszamu, aż poszłam do pracy. Jak dostałam ta robota, to ja żem zobaczyła, że insze tak nie mówią jak ja. I wtedy pomyślałam, że to co ja umiem, to trzeba przekazywać inszym, żeby nie zapomnieli, że tak się kiedyś po naszamu gadało.

A czy młodzi ludzie nie wstydzą się tej gwary?

Wstydzą się bardzo. Jak do zespołu przychodzi młody chłopak, czy dziołcha, to z początku nie chcą występować i mówić po naszamu. Dzieje się tak, bo nie mówią w ten sposób ani w swojej szkole, ani w domu. Ani nawet na wsi się tak już nie mówi. Na szczęście z czasem się przełamują i wstyd gdzieś po drodze gaśnie.

Mają utrudnione zadanie, bo ich rodzice często świadomie od tej gwary ich separowali.

Takie były czasy. Na siłę wszyscy chcieli zachowywać się jak ludzie z miasta. Pojawił się wstyd, gwarę rugowano ze szkół, nie posługiwano się nią w pracy. W naszej kociewskiej rzeczywistości było tak, że w rodzinnym gronie pozwalano sobie na gwarzenie tylko przy stole, ale wtedy musiała być jakaś regionalna potrawa, albo w ogóle organizowało się specjalną kolacyję. A i wtedy wydawało się, że się idzie pod prąd. Bo przecież nowoczesny człowiek to po naszemu nie gado, a posiłki je w restauracyji. Dzięki Bogu, teraz na szczęście nieco odważniej wracamy do tradycji.

***

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Dołącz do nas

      YTxyXYx