Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Przyczynek do dziejów parafii w Farynach

Przyczynek do dziejów parafii w Farynach     Ks. Józef Dziwik...

Przyczynek do dziejów parafii w Farynach

 

 

Ks. Józef Dziwik

 

Specyfikę parafii Faryny można streścić w kilku punktach. W dekanacie Rozogi Faryny są jedyną parafią, w której nie było żadnego punktu sakralnego. Obecnie istnieją cztery, to znaczy 2 kościoły i 2 kaplice.

Po drugie, należy pamiętać, że wyłącznie w miejscowościach położonych na terenie tej parafii istniała praktyka dwuwyznaniowości w jednej rodzinie. Oznaczało to, że synowie byli chrzczeni w Kościele Ewangelicko-Augsburskim w Rozogach, córki zaś w Kościele Baptystów w Świętajnie.

Po trzecie wreszcie, w naszym rejonie najdłużej przetrwała żywotność ruchu gromadkarskiego. Te małe zbory w Farynach, a najdłużej w Kokoszce, żyły pragnieniem głębszego życia religijnego, a w okresie najostrzejszej depolonizacji chciały zachować język polski poprzez posługiwanie się modlitewnikami, kancjonałami czy Biblią Mazurską, czyli polską.

Ten dziwny, można by rzec, ekumeniczny podział, gdzie ewangelik i baptysta występował w jednej rodzinie miał, moim zdaniem, dwie przyczyny.

Pierwszą z nich był poryw duchowy, szczególnie matek rodzin, które dostrzegały słabnący wpływ Kościoła Ewangelickiego na życie moralne, dlatego wiązały się z ruchem gromadkarskim. Po wielkiej inwazji baptystów w ostatnich dekadach XIX wieku przechodziły one na to wyznanie uważając, że jest ono bliższe ideom gromadkarskim niż Kościołowi Ewangelickiemu. Mężczyznom zaś wystarczała nauka ewangelicka. Jednak gromadkarstwo stało się płaszczyzną jednania wyznań i nie miało negatywnego wpływu na jedność życia rodzinnego.

Druga przyczyna tego stanu rzeczy tkwi w tym, że baptyści byli bardziej otwarci na zaangażowanie kobiet w liturgii. Mogły one być lektorkami, kantorkami (czytać teksty biblijne, śpiewać psalmodia). Można więc powiedzieć, że był to dla nich pewien element emancypacji.

Melchior Wańkowicz w reportażowej książce „Na tropach Smętka” bardzo obrazowo przedstawia swoje spotkanie (w Pupach, czyli dzisiejszym Spychowie) z młodym Mazurem, który podsłuchał rozmowę rodzinną pisarza :”Diabeł! toć waść mowzio po mazursku ? Nie po mazursku, tylko po polsku. Toć nie cygańta – dyć ja syćko rozumiem. Nie cyganita ? Dyć to naso gadko.”

A więc ludzie nie znali prawdy o swoich korzeniach, czyli o sobie. A to było przecież krótko przed wojną, tak blisko granicy z Polską, tak bliziutko Faryn. Historycznie blisko Polski, dzieci uciekinierów polskich po Powstaniu Styczniowym, które pogubiły się na bardzo ostrych zakrętach historii.

Willy Kompa, mieszkaniec Faryn, stolarz artysta, który wykonywał schody w Reichstagu w Berlinie po słynnym pożarze, wspominał, że w Farynach było „półtora rodzin katolickich”. W szkole nazywano ich „patolikami”. Jeżeli więc uznamy, że to jedynie błąd fonetyczny, („p” zamiast „k”), to temat staje się żartobliwy. Jeżeli zaś uznamy go za realny, to znaczy, że słowo to pochodzi od „patologii”, czyli nienormalności, to temat staje się ważny dla rzeczywistości czasów wojny i relacji Mazurów z Polakami.

W podobozie jenieckim w Farynach przebywali jeńcy z Francji, Czech i Belgii. Nie doświadczali szczególnej pomocy od biednej ludności, bo byli nie tylko jeńcami, lecz także katolikami. Wspomagali ich robotnicy przymusowi, rodzina katolicka i niektórzy gromadkarze, narażając się na ogromne niebezpieczeństwo.

Odnotowania godny jest fakt represji odważnych, wręcz bohaterskich jeńców katolików, którzy ryzykowali wszystkim za praktyki religijne, szczególnie za uczestnictwo we Mszy św. w kościele klonowskim. W przypadku jednego Francuza, który niestety pozostał anonimowy, skończyło się to straszliwym pobiciem i śmiercią. Wiemy tylko, że pochowano go nocą na faryńskim cmentarzu. Dzisiaj wiemy również, gdzie znajduje się grób tego Męczennika za wiarę.

Dlaczego o tym wspominam ? Wspominam o tym dlatego, że tuż po wojnie do Faryn i okolicy przyszli nowi ludzie, pozostali tam także niektórzy robotnicy przymusowi. Wszyscy oni byli katolikami. Przybyli do Faryn, gdzie około 50 % mieszkańców stanowili ewangelicy i baptyści, ludzie o różnorakiej postawie wobec polskości, o zróżnicowanej świadomości historycznej. Większość z nich miała nadzieję na godziwe życie na tej ziemi, chociaż już w nowej rzeczywistości. Na pewno nie takiej, jaka drzemała w umysłach i sercach rodzin: Białych, Podlasiów, Siwych, Ratajów, Jaworuckich, Ogrodników, Bzdurków, Warychów, Plewków, Kalinków, Szewców, Kozłowskich, Wiszniewskich, Krasków, Rudników, Kaczmarczików, którym nazwisko podpowiadało każdego dnia skąd ich ród i jakie są ich korzenie.

Masowy napływ ludności z bliskiej okolicy, zwłaszcza zaś z ziemi kurpiowskiej, wywoływał wielkie wrażenie. Władze powiatu Szczytno nie ingerowały w sprawę odprawiania nabożeństw katolickich w kościele ewangelickim w Rozogach przez związanego z ruchem propolskim księdza Józefa Przeperskiego z Klonu. On także sporadycznie odprawiał Msze św. w szkole w Farynach. Można więc powiedzieć, że dla nowych osiedleńców wszystko szło w dobrym kierunku. Trwało to jednak krótko.

Niektórzy złośliwie podejrzewali zmowę pomiędzy starostą Walterem Późnym – Mazurem, ewangelikiem aksiędzem J. Przeperskim – Pomorzakiem. Okazało się, że klucze od kościoła w Rozogach wróciły do ewangelików, a szkoła w Farynach pozostała jedynie szkołą. Prawda zaś była taka, że zmieniła się zupełnie orientacja władzy w stosunku do Kościoła; z pozornie życzliwej na otwarcie wrogą.

Ogromnym dylematem stał się wybór między przejściem 11 do 13 kilometrów odległości do kościoła w Klonie, dokąd było najbliżej, a przemierzaniem drogi do Myszyńca, która, choć dalsza, była bliższa sercu wiernych. Rezultatem tych rozterek, można by rzec, była bezradność trwająca długie 10 lat. Był to okres wystarczająco długotrwały, aby utrwaliło się zniechęcenie, obojętność religijna czy nawet utrata więzi duszpasterskiej. Była to również fala niszcząca wrażliwość sumienia, a jednocześnie otwierająca oczy na tę nową wolność i troskę władzy o naprawdę biednych ludzi.

Jak więc wyglądało życie religijne w obrębie parafii Klon?

Odbywały się z trudem przygotowania do Pierwszej Komunii Świętej, prowadzono rekolekcje, misje, wizytacje Biskupa i bierzmowania. Ponadto odbywały się śluby, wesela i pogrzeby, choć istniał dylemat, gdzie należy chować zmarłych i jak dojechać na miejsce pochówku.

Dzisiejsze wspomnienia z tamtych lat zawierają trochę nostalgii i humoru, ale wyjaśniają, że przysłowiowa żółć przelewała się, a sprężyna cierpliwości zaczynała pękać.
 

Czas przełomu w myśleniu i działaniu

Tymczasem doszło do dwóch wydarzeń; jedno z nich o wymiarze społecznym, to tak zwana odwilż po wydarzeniach 1956 roku, a drugie to wydanie pozwolenia na wyjazd do RFN Wilhelmowi Siwemu z Faryn.

Grupa ludzi, która wybiła się na liderów życia społecznego utworzyła Społeczny Komitet Budowy Kaplicy w Farynach. Tworzyli ją: Bolesław Szok, Franciszek Drężek, Józef Stachelek, Antoni Pliszka. Wybrali oni trudny, ale skuteczny sposób działania poprzez stawianie władz wobec faktów dokonanych. Kontynuowano przy tym starania o formalną zgodę na punkt sakralny, choć wtedy nikt nie wierzył w ich powodzenie.

Chwała i wdzięczność należą się im za to, że wtajemniczyli Wilhelma Siwego, bardzo życzliwego ewangelika w możliwość pomocy z jego strony, poprzez przekazanie wolnego domu i posesji na rzecz powstałego Komitetu.

Na kupno należało uzyskać pozwolenie władz, na darowiznę już jej nie wymagano.

Umowę sporządzono w Gromadzkiej Radzie Narodowej w Farynach 14 maja 1957 roku. Jej treść stanowi, że użytkowanie tego obiektu miało być czasowe, to znaczy do chwili powrotu z Niemiec Zachodnich dzieci Wilhelma Siwego. Tymczasem wszyscy dobrze wiedzieli, że to nigdy nie nastąpi.

Kuriozalne było i to, że tego samego dnia przekazano darowiznę na rzecz parafii w Klonie wraz ze zobowiązaniem każdego kolejnego proboszcza do obsługi wiernych zespolonych kaplicą w Farynach. W piśmie tym popełniono pewien błąd. Napisano bowiem, że dom ten jest już wyremontowany i przystosowany do celów, jakim ma służyć.

Kto i kiedy dokonał adaptacji, jak to się stało, że nie pojawiło się wszechobecne MO? Gdzie był budzący grozę „Resort”? Odpowiedź jest zawarta w prawdziwej solidarności wszystkich mieszkańców zarówno katolików, jak i ewangelików, a także baptystów. Wszyscy oni dobrze wiedzieli, na co jest przeznaczony ten obiekt, a także w jakim celu po cichu przygotowany jest dom Siwego.

W innych miejscowościach zdarzały się konflikty na tle religijnym, u nas obyło się bez takich problemów.

Powrót starego

1. Czas uspokojenia - najstarsza mazurska chata staje się najmłodszym Domem Bożym w Diecezji.

2. Władza nie śpi, wie o wszystkim. Władza przesłuchuje ludzi, zamyka, plombuje kaplice, straszy, karze na kolegiach za zbieranie ofiar.

3. Władzy udaje się zniechęcić ludzi, odebrać im nadzieję.

4. Faryny mają swoje pięć minut w Warszawie, krótki i barwny występ w gabinecie Pana Ministra Bidy w Ministerstwie do Spraw Wyznań.

5. Występuje tam Komitet Budowy Kaplicy w składzie: Franciszek Drężek, Józef Stachelek i Antoni Pliszka.

Opis wydarzenia

Franciszek Drężek, Józef Stachelek i Antoni Pliszka znaleźli się w gabinecie ministra, któremu przedstawili prośbę o pozwolenie na otwarcie kaplicy w Farynach. Powołali się przy tym na argument mówiący o wielkiej uciążliwości jaką jest dla miejscowej ludności przemierzanie 13 km do kościoła w Klonie, co w obie strony daje odległość 26 km. W końcu byli to ludzie ciężkiej pracy. Pan Minister zakpił sobie z tego twierdząc, że po całotygodniowej pracy dobrze jest przespacerować 26 km. On sam, jako minister chciałby sam mieć taką możliwość, ale niestety obowiązki mu na to nie pozwalają.

W tej chwili Franciszkowi Drężkowi puściły nerwy, pozwolił sobie na poufałość i zwrócił się do ministra w wulgarny sposób, pytając: „to ty jesteś minister czy zwykły wariat? Jak śmiesz do obrońców ojczyzny i tych, którzy pracują dla chleba odnosić się w ten sposób!

Owoce wizyty u ministra to umocnienie wiary w siebie, przekonanie, że jedyną metodą jest stawianie władzy wobec faktów dokonanych. Tymczasem władza lokalna pomimo zerwania plomb nie interweniowała przy użyciu siły.

26 października 1957 roku następuje poświęcenie kaplicy. Pojawia się także myśl, aby przy kaplicy powstał tak zwany wikariat samodzielny.

Wkrótce pojawiają się kłopoty z dokumentacją inżynierską, badaniami mikologicznymi, dochodzi także do próby represji wobec inżyniera Furmańczyka, który opracował dokumentację techniczną.

Oto pojawia się kolejny fakt dokonany. Ks. Jan Kipiel wikariusz w Klonie zostaje samodzielnym duszpasterzem w Farynach. W grudniu 1961 roku zamieszkuje już w wynajętym mieszkaniu.

Władze domagają się usunięcia ks. Jana Kipiela, którego przenosi ksiądz biskup Wilczyński, awansując na proboszcza parafii Olszewo w powiecie węgorzewskim, gdzie ks. Sierżant pracował ofiarnie trzymając aż do śmierci wszystko w należytym porządku. W Farynach bywał chętnie wspominając z wdzięcznością przeżyty tutaj czas.

Jego następcą a moim poprzednikiem zostaje ks. Jan Suwała, człowiek o złotym sercu, niesamowitej dobroci, obdarzony charyzmatem artysty. Dokonali oni dzieła utrwalenia świadomości wiernych i podjęcia odpowiedzialności za powstającą i jeszcze nie całkiem samodzielną parafię. Należałoby ją raczej nazwać własną rodziną duszpasterską, działającą na razie w prowizorycznych warunkach.

Ks. Jan Suwała przepracował ofiarnie ponad 10 lat pozostawiając najlepsze wspomnienia i przykład gorliwości kapłańskiej. W ostatnim roku pobytu mógł już mieszkać w domu z prawdziwego zdarzenia, wykupionym przez Pana Antoniego Pliszkę za pożyczone pieniądze.

Przyjąłem faryńskie włości z tymi długami i plebanią bez podstawowych warunków do godziwego życia. Od samego początku doświadczałem ogromnej życzliwości, zrozumienia, pomocy i opieki wiernych. Starałem się ich zawsze szanować, służyć im być może nieudolnie, ale najlepiej jak umiałem. Nigdy nikogo nie lekceważyłem, ani w posłudze kapłańskiej, ani w kontaktach osobistych. Troska o sprawy gospodarcze brała się z wiedzy o poziomie życia moich parafian i ich ubóstwie. Mam prawo spodziewać się, że nikomu nie dałem argumentu do posądzania księży o materializm i chęć bogacenie się. Wszyscy wiedzą, że poziom mojego życia jest niższy od przeciętnego parafianina. Nigdy jednak nie byłem głodny i bezradny materialnie. Jeżeli mogłem komuś pomóc, czułem się do tego zobowiązany.

W sprawach duszpasterskich przyszło mi być spadkobiercą założycieli kaplicy, to znaczy stawiać moich adwersarzy wobec faktów dokonanych. Działo się tak zawsze wtedy, gdy byłem wewnętrznie przekonany o mojej słuszności. Powiem nawet, że wyspecjalizowałem się w tym pracując przez kolejne 10 lat ze śp. księdzem prałatem Bolesławem Pętlickim. Zajmowaliśmy się wtedy pozyskiwaniem niszczejących, zagrożonych kościołów poewangelickich. Tak było w Rozogach, Gawrzyjałkach, Spychowie, Nawiadach, trochę w Ukcie. W opracowaniach historyków te fakty nie występują. Najważniejsze, że te świątynie istnieją i żyją życiem Bożym. Na pogrzebie księdza Bolesława, ksiądz biskup wspomniał o tym jednym zdaniem. Pan Bóg prowadził mnie zawsze prosto do celu, chociaż krętymi ścieżkami.

Ta sama Kaplica sprzed 52 lat jest dziś nadal uboga, chociaż są i tacy, którzy nazywają ją urokliwym, ciepłym i zacisznym kościółkiem. W dokumentach dopiero od 19 października 1982 roku określana jest mianem Kościoła Parafialnego. Ma także status zabytku. Sądzę, że najcenniejszą w tej zabytkowości, wartością, której nikt nam nie może odebrać, jest pamięć o gorliwości tych ludzi i tych czasów, które dziś w tym szczególnym miejscu wspominamy. Drugim jest obraz Matki Boskiej Częstochowskiej z 1886 roku przywieziony z Jasnej Góry przed plebiscytem z 1920 roku przez tych, którzy pragnęli Polski na tej ziemi. Nie chciany przez antypolską opozycję w Klonie znalazł się u nas, gdy Polska wróciła na tę ziemię. Czyż zatem Bóg, choć zawiłymi drogami, nie prowadzi do celu? Historia postawiła tych, którzy chcieli tu żyć bez Polski przed faktami dokonanymi.

Wspomniałem o tych krętych ścieżkach prowadzących do prostej drogi. Każda z nich jest jakby Bożym znakiem, Jego planem. Nie ma czasu ani potrzeby, aby o nich mówić. Powiem więc w największym skrócie.

Gdybym nie zaczął odprawiać w 1982 roku w Długim Borku Mszy św, w świetlicy OSP, a jeszcze wcześniej w ciasnym pokoju punktu katechetycznego, nie miałbym ważnego argumentu, aby uzyskać pozwolenia na budowę kaplicy – kościoła.

Władza stawiała warunek opuszczenia świetlicy. Dopiero wtedy gotowa była wydać to pozwolenie. Odpowiadałem więc: „dajcie pozwolenie, to opuścimy nasze dotychczasowe lokum”. Przez całe trzy lata musieliśmy znosić cierpliwie nasz los.

Gdyby nie doszło do zamknięcia kaplicy w Spalinach, nie powstałaby kaplica w Kowaliku. Gdyby nie zdecydowana postawa dyrektora J. Kaczyńskiego i p. wójta J. Zaperta, którzy przypominali mi, że zło i nieodpowiedzialność naszych wychowanków nie może mnie załamać, nie byłoby tego miejsca sakralnego.

Po staraniach na uzyskanie działki na cmentarz, po badaniach hydrologiczno-geodezyjnych, po opracowaniu projektu zagospodarowania, cała dokumentacja przeleżała się przez dwa lata w sekretariacie wojewódzkiego oddziału Sanepidu. Dlaczego tak się stało? Zabrakło znaczka skarbowego za równowartość dzisiejszych 20 zł.

Aby być chrześcijaninem, trzeba najpierw być człowiekiem, bez człowieczeństwa nie można pełnić funkcji służebnej, a przecież tym właśnie jest posłannictwo urzędnika państwowego, który musi być kompetentny, a więc mądry. Jakaż to mądrość zestawić wartość tego znaczka z kilkuletnim czekaniem na ważną opinię. Zresztą urzędnik przyjmując dokumenty powinien poinformować o brakach formalnych wniosku. Czas jest okolicznością prawną, obowiązuje ona również urzędy państwowe. W tym przypadku świadczy o złej woli i lekceważeniu tutejszej społeczności. Dlatego dziękuję za potrzebną opinię, ponieważ mamy powody, aby się jej nie spodziewać, zmarli zaś jej nie potrzebują. Dziś poświęciliśmy cmentarz, rozpoczęliśmy zagospodarowanie, wbetonowano krzyż o czym powiadamiam wszystkie kompetentne urzędy z pełną świadomością odpowiedzialności prawnej. Z nienależnym szacunkiem podpisano: ks. Józef Dziwik.

Na rezultat trzeba było czekać zaledwie jeden dzień. Okazało się jednak, że cmentarz jest parafialny, nie zaś komunalny. Tu również pokrętne ścieżki do prostego celu, fakty uprzedziły procedurę. Pewną argumentacją na właściwy kierunek duszpasterstwa były i są dla mnie tutejsze powołania, misyjne, zakonne i kapłańskie. Nie miałem nigdy wątpliwości, że właściwe były usiłowania budowania jedności, szczególnie poprzez współpracę ze szkołami, współpraca z dyrektorami, nauczycielami, z wójtami, samorządami czy nadleśnictwem i jednostkami OSP.

Wspomniałem o powołaniach, jednym z nich jest ksiądz doktorant Roman Wiśniewski i jego dzieło „Faryny w starej fotografii” oraz ogromnie życzliwe dla nas, Faryniaków serce pana prezesa Piotra Szczepańskiego. Te powołania sprowadziły nas tu, do stolicy. Dziękujemy również p. Łukaszowi Gałeckiemu.

Zacząłem od tego, że Faryny nigdy nie miały punktu sakralnego, a dziś mają aż cztery. Czy jest zatem czterokrotnie lepiej niż na początku? To ważne pytanie. Niech każdy z nas sam na nie odpowie. Największą brzydotą nie jest połączenie bruku asfaltem, ale budowanie bylejakości na mocnych i pięknych fundamentach.

*** 

wersja do druku

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Dołącz do nas

      YTxyXYx