Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Historia retro

Na pagórku niewielkim, we brzozowym gaju, stał dwór szlachecki, z drzewa, lecz podmurowany. Świeciły się z daleka pobielane ściany.

Historia retro

"Na pagórku niewielkim, we brzozowym gaju, stał dwór szlachecki, z drzewa, lecz podmurowany. Świeciły się z daleka pobielane ściany". Ten mickiewiczowski opis musiał kiedyś bardzo pasować do dworu w Bieńkowicach.

Kiedyś, przed wojną, kiedy dom "był zewsząd chędogi". Toczyło się w nim gwarne życie gospodarzy i dworskiej służby. Dziś budynek straszy powybijanymi oknami, zapadającym się dachem i dzikimi krzakami, rosnącymi wokół. Stoi jeszcze, choć jakby na słowo honoru. Do tego obrazu zniszczenia przyczynia się podobno od początku wadliwa konstrukcja dachu, sprawiająca, że krokwie rozsadzają ściany na zewnątrz. Nie ma tu oczywiście żadnego pagórka, bo Bieńkowice leżą na nadrabiańskiej równinie, na północnych rubieżach powiatu bocheńskiego. Zaledwie parę kilometrów stąd Raba uchodzi do Wisły. No i jest jeszcze jedna nieścisłość: zamiast brzóz topól wokoło dworu rosną dęby, graby i - potężna, kilkusetletnia lipa. Ta lipa jest jakby z innej, a jednak tej samej, polsko - szlacheckiej bajki. Przetrwała w dobrej kondycji wszystkie burze dziejowe i zawieruchy w życiu właścicieli Bieńkowic.

To z jej gałęzi musiały sfrunąć przestraszone ptaki, kiedy w południe, 18 sierpnia 1937 roku w głębi dworu padł strzał. Wystrzał nie był przypadkowy - młody Zbigniew Jasiński, położywszy się na kanapie w salonie kazał grać muzykantom zgromadzonym w sąsiednim pokoju, po czym przyłożył sobie lufę do skroni i pociągnął za spust. Fakt samobójczej śmierci potwierdzają księgi parafialne w kościele w Cerekwi. Co było jej przyczyną? Zbiorowa pamięć mieszkańców Bieńkowic, przechowywana już przynajmniej przez dwa pokolenia, mówi o nieszczęśliwej miłości. On miał 27 lat, ona zaś 21. Kochali się, jednak dzieliła ich różnica pochodzenia. Piękna Henryka była bowiem córką miejscowego gospodarza, Jaśński zaś był szlachcicem. Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o tej historii, przedstawiono mi ją w ten sposób, że młody panicz zakochał się w chłopce, a rodzice, rzecz jasna, nie chcieli słyszeć o ślubie. W takiej sytuacji desperacki krok Zbigniewa dawał się jakoś zrozumieć: młodemu człowiekowi groziło, oprócz środowiskowego ostracyzmu, również wydziedziczenie. Osamotniony, bez środków do życia, jaką przyszłość mógł zapewnić swojej ewentualnej żonie? Ale kiedy zaczęłam drążyć sprawę, okazało się, że stary dziedzic Witold Jasiński, ojciec desperata, od dwóch lat już nie żył. Młody Zbigniew był więc w chwili śmierci nie - paniczem, zależnym od woli rodziców, lecz faktycznym dziedzicem dóbr Bieńkowice, człowiekiem dojrzałym i w pełni samodzielnym.

W tej opowieści od początku brakowało jednego - fotografii bohaterów. Wydawało się, że wiatr historii wymiótł z dworu w Bieńkowicach dosłownie wszystko: dokumenty, listy, zdjęcia. I oto teraz, w 2007 roku odnalazła się podobizna Zbigniewa na rodzinnej fotografii, przechowanej w chłopskiej rodzinie w Cerekwi. Na samym froncie ktoś wytłoczył podpis: "Dworzanie" w znaczeniu "mieszkańcy dworu". Widzimy tutaj dziedziców Jasińskich w otoczeniu dzieci i wnuków. Młoda kobieta obok pani Joanny Jasińskiej to prawdopodobnie jej najstarsza córka, której imienia nie znamy. Z tyłu, stoi zapewne jej mąż. Dziewczynka i chłopiec to muszą być ich dzieci. Najbardziej na lewo - młodszy panicz Tadeusz, późniejszy lotnik RAF-u. Po prawej stronie - Zbigniew.

Dlaczego więc nie znalazł w sobie odwagi hrabiego Chłapowskiego, który kilkadziesiąt lat wcześniej powiódł do ołtarza "awanturnicę", matkę nieślubnych dzieci innego mężczyzny, niewiadomego pochodzenia genialną aktorkę Helenę Modrzejewską? Od chwili swego odrodzenia w 1918 roku Polska była krajem demokratycznym, którego konstytucja zapewniała, że wszyscy ludzie są równi wobec prawa, a tytuły arystokratyczne przestają się liczyć. Nie sposób uwierzyć, że młody Jasiński o tym nie wiedział. A jednak hołubiony przez pokolenia konwenans nie pozwolił mu na popełnienie mezaliansu.

Decydującą rolę mogła tu odegrać nieprzejednana postawa matki Zbigniewa, pani Joanny Jasińskiej, de domo Sokołowskiej. Starsi mieszkańcy Bieńkowic określają ją, chyba odrobinę na wyrost, mianem "prawdziwej szlachcianki". Traktowała okolicznych chłopów protekcjonalnie i wyniośle, a kontaktach z "ludem" prawą dłoń miała zawsze przygotowaną do pocałowania. Lubiła przy tym wystawne życie towarzyskie, nie przyjmując do wiadomości tarapatów finansowych, w jakie popadł majątek po śmierci jej męża. Dla niej związek syna z "chłopianką" był zapewne równie absurdalny jak teza, że dwa plus dwa równa się pięć.

Postawa Zbigniewa musiała być zgoła inna. Oprócz miłości do wiejskiej dziewczyny świadczy o tym np. fakt, że chętnie przyjmował zaproszenia na chłopskie wesela. Jedno z nich odbyło się na kilka dni przed jego samobójczą śmiercią. Świadek tego zdarzenia, wówczas kilkuletnie dziecko, wspomina wielki zapał z jakim Zbigniew tańczył na tym weselu. Jego marynarka, której dobre wychowanie nie pozwalało zdjąć nawet w najgorszy upał, była na wskroś przepocona od nieustannych szaleństw z wiejskimi dziewczynami. Dziedzic miał wtedy powiedzieć: "Muszę się dzisiaj wybawić za wszystkie czasy!" Czyżby te słowa świadczyły, że w myślach już przygotowywał się do zimnej, nieruchomej wieczności?

We wspomnieniach ludzi o młodym Jasińskim przechował się obraz typowego, polskiego dziedzica. Oto Zbigniew jadący na niewielkim koniku wokół swojego 180-hektarowego gospodarstwa. Oto znowu, przechadzający się po parku w butach z cholewami, po których smagał się brzozową witką. Wysoki, przystojny, nawet kaleka od urodzenia, przykurczona ręka nie odbierała mu uroku. Ze swoją Henią spotykał się gdzieś daleko, w polach. Na odkrytym terenie ich miłość na próżno szukała schronienia. Wspólne przechadzki dziedzica z córką rolnika z oddali śledziła cała wieś. Podpatrywano je zapewne również zza dworskich firanek…

Rola samej Henryki we dworze nie jest do końca jasna. Niektórzy mówią, że była tam kucharką, stąd bliższa znajomość z dziedzicem. Według innych świadków - nie pracowała we dworze, nie przemęczała się również harówką w gospodarstwie rodziców. Nie było zresztą takiej potrzeby, gospodarstwo było niewielkie, większość prac wykonywali jej bracia. Henryka mogła się skupić na ładnych strojach, podkreślających jej urodę. W tym wszystkim trochę przypominała Jagusię z reymontowskich "Chłopów". Jej wykształcenie było pewnie bardzo skromne, może kilka klas wiejskiej podstawówki. Musiała być jednak czarująca i inteligentna skoro podczas długich spacerów z dziedzicem potrafiła dotrzymać mu kroku w rozmowie. Bo do tych rozmów właściwie ograniczał się ich romans. Świadkowie zgodnie podkreślają, że ich miłość miała najprawdopodobniej charakter czysto platoniczny. W tamtych czasach, a zwłaszcza w tamtym środowisku, fizyczny kontakt był czymś niezmiernie ważnym, co zwykle następowało dopiero po ślubie. Jeżeli odbyło się to wcześniej, mówiło się, że chłopak "wykorzystał dziewczynę", zwłaszcza, kiedy ich pozycje społeczne były tak nierówne. Dziewczyna okryłaby się przy tym niesławą.

Człowiekowi przestrzegającemu zasad honoru nie przystawało zostać sprawcą takiej niesławy, tym bardziej wobec dziewczyny, którą się szczerze kochało. Młody Zbigniew nie potrafił zrezygnować ze swojej miłości, ale nie mogąc jej zrealizować zgodnie z dobrymi obyczajami, wybrał śmierć.
Gwoli ścisłości trzeba jednak dodać, że niektórzy bieńkowiczanie powątpiewają w to, czy nieszczęśliwa miłość była prawdziwym, a przynajmniej jedynym powodem tragicznej decyzji dziedzica. Lato AD 1937 było podobno deszczowe i chłodne. Zboże zebrano w kopy, ale ulewy przeszkadzały w ich zwiezieniu. Podobno dziedzic nie miał nawet pieniędzy na wynajęcie robotników we właściwym czasie. Nieudane zbiory oznaczały pogorszenie i tak już nie najlepszej kondycji finansowej dworu. To bardzo prawdopodobne, że perspektywa wyprzedaży rodowego majątku była również elementem życiowej matni, z której nie widział wyjścia.

I rzeczywiście, parcelacja gruntu nastąpiła wkrótce po jego śmierci. Stara dziedziczka, nie mając środków do życia musiała sprzedać część ziemi tak lekceważonym dotąd, miejscowym rolnikom. Należności rozłożyła im na raty, ale nikt się specjalnie nie kwapił z terminowym przynoszeniem pieniędzy do dworu. Starsza pani musiała zawiesić swą dumę na kołku i sama fatygowała się do chłopskich chałup aby odebrać zapłatę.

Zrozpaczonej pani Joannie długo nie było dane zaznać spokoju. Wkrótce po tragicznej śmierci najstarszego syna okazało się, że we dworze starszy! Nocami coś chodziło po pokojach, przesuwały się meble, szkła tłukły się bez powodu. Kontaktów z siłami pozaziemskimi doświadczyli też ponoć inni ludzie, niezwiązani z rodziną Jasińskich. Miejscowy kowal wybrał się kiedyś po północy do dworu, aby zwyczajnie ukraść tam jakieś metalowe sztaby. W tej niecnej sprawie przeszkodził mu jednak duch Zbigniewa, widziany tylko do połowy sylwetki. Kowal uciekł z krzykiem. Nieszczęśliwa dziedziczka, załamana po stracie syna, a następnie prześladowana przez jego widmo , nerwy miała w strzępach. Postanowiła poprosić miejscowego proboszcza, ks. Złotnickiego o pomoc, a kiedy jego modlitwy okazały się nieskuteczne, sprowadzono egzorcystę z biskupstwa w Tarnowie. Dopiero ta interwencja sprawiła, że we dworze można było spać spokojnie.

Nie na długo jednak. Wkrótce wybuchła wojna i zawalił się cały dotychczasowy świat. Nieszczęsny Zbigniew nie mógł tego wszystkiego przewidzieć. Nie mógł spodziewać się, że po wojnie będzie w Polsce "władza ludu", a stosunki społeczne tak radykalnie się zmienią. Czy, gdyby dożył 1945 roku, byłby szczęśliwy mogąc bez przeszkód ożenić się ze swoją Henryką? Nie dowiemy się nigdy. Pewne jest jednak, że strzelając sobie w łeb dwa lata przed wybuchem wojny uniknął niezliczonych cierpień i upokorzeń, jakich doznali ludzie z jego środowiska, najpierw ze strony Niemców, a potem socjalistycznych władców Polski. Nie uniknęła ich natomiast jego, tak dumna kiedyś matka. Mieszkańcy Bieńkowic musieli jednak lubić, a przynajmniej szanować starszą panią, bo kiedy doszło do reformy rolnej przegłosowali aby zostawić Jasińskiej 1/3, czyli 60 hektarów przedwojennego majątku. W niejasnych dotąd okolicznościach, prawdopodobnie za sprawą komunistycznych władz, pani Joanna nie dostała ani piędzi swoje przecież ziemi. Jako stara już kobieta zmuszona została do opuszczenia Bieńkowic. Bez środków do życia, wyjechała do krewnych w Krakowie.

Aby zarobić na chleb podjęła się pracy jako pomoc kuchenna w jednym z krakowskich szpitali. Spotkanego tam pacjenta z Bieńkowic zaklinała na wszystkie świętości, aby nie zdradził na wsi jej pożałowania godnej sytuacji. Nie mógł jej w niczym pomóc także młodszy syn, Tadeusz, który jeszcze przed wojną został lotnikiem. Podobno brał udział w bitwie o Anglię w polski dywizjonie RAF-u. Po wojnie wrócił do Polski, ale rychło uprzedzono go o grożącym ze strony ubecji aresztowaniu. Musiał znowu uciekać za granicę. Jego potomkowie żyją jeszcze w Wielkiej Brytanii i czasem odwiedzają rodzinne strony. Podobno to za sprawą ich interwencji nie doszło w latach osiemdziesiątych do przejęcia dworu w Bieńkowicach przez Iglopol.
W Krakowie też zamieszkała po wojnie piękna Henryka. Nigdy nie wyszła za mąż, ale miała towarzysza życia o imieniu Adam. Przez sentyment do swojej pierwszej (a może - jedynej) miłości nazywała go jednak Zbyszkiem. Zmarła w latach dziewięćdziesiątych na atak serca, do końca zachowując ślady wielkiej urody.

Czy stara dziedziczka, odarta ze złudzeń przeszłości, spotykała się czasem na krakowskich uliczkach z ukochaną swojego syna? A jeżeli tak, to czy w końcu zaprzyjaźniły się? Obydwie przecież kochały tego samego człowieka, obydwie przyczyniły się do jego śmierci. Potem obie opuściły Bieńkowice, żeby pracą rąk zarobić na życie. A może, mimo, że tak wiele ich łączyło, pani Joanna do końca pogardzała młodą, zuchwałą wieśniaczką, która ośmieliła się podnieść oczy na jej syna?

Dziedzic został podobno pochowany w rodzinnym grobowcu na cmentarzu w Cerkwi (znacznie zresztą skromniejszym od wielu współczesnych chłopskich nagrobków). Podobno, bo jego imienia próżno szukać wśród innych Jasińskich. Czy spowodowane to było brakiem pieniędzy na kamieniarza? A może był to wybieg ze strony rodziny, pozwalający na godny pochówek samobójcy, którego prawo kościelne zabraniało grzebać w poświęconej ziemi?


Dwór w Bieńkowicach, należący niegdyś do rodziny Jasińskich. Fot.:Piotr Gryglaszewski.
 

Historia ta została opisana głównie w oparciu o ustne relacje mieszkańców Bieńkowic. Tylko nieliczni byli, jako dzieci, świadkami wydarzeń. Pamięć ludzi jest jednak zawodna, stąd wspomnienia nie są spójne, czasami nawet wykluczają się wzajem. Dlatego też przepraszam ewentualnych zainteresowanych za wszelkie nieścisłości. Wdzięczna będę natomiast każdemu, kto może i chce dorzucić do tej historii choćby trzy grosze.


Elżbieta Bachmińska

wersja do druku

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Dołącz do nas

      YTxyXYx