Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Śpiewam ponad podziałami

 



Zbigniew Nasiadko, śpiewak ludowy.

Przemysław Chrzanowski: Pięknie pan śpiewa, panie prezesie...

Zbigniew Nasiadko, śpiewak ludowy, laureat wielu przeglądów i festiwali: - No tak, rzeczywiście prócz tego, że śpiewam, to od dziesięciu lat prezesuję Towarzystwu Muzycznemu Słopiewnie w Białymstoku. Pierwsze dwa lata były chude, natomiast rok 2007 był przełomowym okresem w działalności Towarzystwa. Dzięki wspólnym wysiłkom zarządu i zaangażowaniu Samorządu Gminy Sokoły oraz kierownictwa Wojewódzkiego Ośrodka Animacji Kultury udało się nam zorganizować I Festiwal „Dawne Pieśni - Młode Głosy” w Waniewie, miejscowości położonej na terenie Narwiańskiego Parku Narodowego. Termin realizacji projektu nawiązywał do tradycyjnego, parafialnego święta w Waniewie - odpustu na św. Annę.

Nieprzypadkowo stał się pan mentorem tego przedsięwzięcia.

- Mam trochę doświadczenia w tym zakresie, ponieważ  jestem laureatem XXXII Ogólnopolskiego Festiwalu Kapel i Śpiewaków Ludowych w Kazimierzu nad Wisłą z roku 1998 oraz Konkursu Muzyki Folkowej „Nowa Tradycja” zorganizowanego przez Polskie Radio - Radiowe Centrum Kultury Ludowej w 1999 roku. Napisałem zatem program imprezy, który w zamyśle miał połączyć idee obu tych festiwali. W pieśni tradycyjnej mieli okazję sprawdzić się przedstawiciele młodego pokolenia. Przyjęliśmy, że solista nie może mieć więcej niż 30 lat. Starsi piewcy ludowego muzykowania zaczęli mnie strofować, że nie daję im szansy zaprezentowania się podczas tego wydarzenia. Do dziś z żartem podpowiadam im, żeby do pierwszego rzędu wypychali młodych, nawet jeśliby mieli tylko ruszać ustami. Sami niech stoją z tyłu i muzykują w najlepsze.

Przez te kilka lat „przewaliło się” przez nasz festiwal kilkadziesiąt zespołów śpiewaczych z 30 miejscowości województwa podlaskiego. Były wśród nich takie perełki jak zespół Otako z Suwałk. Jest to grupa grająca muzykę folkową. Jej głównym motywem są melodie wzięte od najstarszych ludowych skrzypków Suwalszczyzny: Franciszka Racisa oraz Mieczysława Pachutko. Poza tym na naszym festiwalu występowały Słowianki – piękne dziewczyny z Białegostoku, śpiewające po ukraińsku. Potem ze swymi białymi głosami te urodziwe niewiasty pojechały do Warszawy, by wziąć udział w festiwalu „Nowa tradycja”. I tam przyznano im drugą nagrodę. Nasz festiwal jest zatem miejscem, gdzie pierwsze sceniczne kroki stawiają prawdziwe talenty.

A dla pana czym jest śpiew? Ulotną materią, sposobem na życie?

- Należę do grona tych, którzy z umiłowaniem trawestują słowa św. Jana. Jak pamiętamy, powiedział on, że „Na początku było słowo”. A ja mówię, że na początku był dźwięk! Przecież  rodzimy się z krzykiem, potem płaczemy, i śpiewamy nie znając jeszcze słów. Przez śpiew wyrażamy swoje emocje. I tak jest od kołyski aż po grób. Właśnie teraz najczęściej udzielam się wokalnie na pogrzebach moich przyjaciół. Podczas uroczystości w obrządku katolickim śpiewam „Ojcze nasz” własnej kompozycji, natomiast podczas pogrzebów prawosławnych wykonuję piękny, pradawny lament żałobny pochodzący z okolic Supraśla.

Jest pan żywym dowodem na to, że profesjonalną karierę można zacząć, będąc już na emeryturze.

- Tak rzeczywiście się stało. W kwietniu 1998 roku odebrałem pierwsze świadczenie emerytalne, a już w czerwcu uczestniczyłem w kazimierzowskim festiwalu. I ten właśnie moment poczytuję za początek mojej kariery. Wcześniej oczywiście śpiewałem dla przyjemności, albo u cioci na imieninach. Festiwal w Kazimierzu był moim debiutem scenicznym, od tego momentu estrada stała się moim nowym życiowym wyzwaniem, któremu do dziś nie potrafię się oprzeć. Występy dla publiczności są dla mnie uzależniające. To sens mojego istnienia. Śpiewam, kocham, cieszę się i płaczę jednakowo przy muzyce polskiej, ukraińskiej, czy też białoruskiej. Ze względu na miejsce, w którym żyję, wszystkie tradycje tych narodowości są mi bliskie. Po jednej stronie Puszczy Białowieskiej śpiewa się po ukraińsku, z drugiej po białorusku. Ja stoję gdzieś pośrodku i z jednakowym zaangażowaniem biorę udział w festiwalach piosenki ukraińskiej i białoruskiej. W związku z tym, że w jednym i drugim przypadku repertuar ma pochodzić z Polesia, to bywa, że na obu imprezach śpiewam to samo. Pochwalę się, że i tutaj zdarza mi się sięgać po najwyższe laury. Podczas ostatniego przeglądu pieśni białoruskich zwyciężyłem w etapie rejonowym, natomiast we właściwym konkursie zająłem drugie miejsce.

Czy jest pan tylko odtwórcą ludowych pieśni? Nie myślał pan o stworzeniu czegoś własnego (poza wspomnianym wcześniej „Ojcze nasz”)?

- Nie znam nut. Zatem to, co śpiewam to efekt osłuchania się z utworami, które później prezentuję publicznie. Jeżeli jednak wpadnie mi do głowy jakiś tekst, to staram się do niego „dorobić” warstwę dźwiękową. Jak się to odbywa? Po prostu śpiewam, śpiewam, aż wyśpiewam... Powtarzam ten motyw parę razy, utrwalam go w głowie i tak rodzi się nawa melodia. Piszę też własne wiersze, wówczas rzeczą oczywistą jest, że po pewnym czasie do moich poetyckich prób powstaje melodia.

Posiada pan niesamowitą łatwość komentowania różnych sytuacji przy pomocy pieśni. Jeden z paneli warsztatowych podczas konferencji w Białowieży (mowa o marcowej konferencji poświęconej dziedzictwu kulturowemu – przyp. Red.) zakończył pan fragmentem „Pieśni rekrutów”.

- W swej wokalnej twórczości podążam śladem Oskara Kolberga. Z jego zapisków wynika, że wspomniana pieśń ma 16 zwrotek, ja dopisałem co nieco po swojemu i odśpiewałem, bo akurat tekst adekwatny był do sytuacji. A to, że potrafię zaśpiewać na każdą okazję, to efekt moich szerokich zainteresowań. Stoi także za tym fakt, iż znam dobrze kilkadziesiąt tekstów pieśni polskich, ukraińskich, białoruskich i rosyjskich. Dzięki takiemu kapitałowi potrafię znaleźć się w każdej sytuacji. Podczas spotkania, o którym pan wspomniał zaśpiewałem najpierw o powrocie do Białowieży, a potem wykonałem parę kawałków z wesela kurpiowskiego, na którym byłem...  przed  pięćdziesięciu laty. Zawsze przy takiej okazji przemieszczam się w czasie, wracam do rzeczywistości pozbawionej wygód, elektryczności. Pamiętam palące się lampy naftowe i niczym nie skażoną muzykę. Śpiewające panie miały wówczas po siedemdziesiąt, a może i więcej lat. Wszystkie rytmicznie podrygiwały w takt kurpiowskiego kozaka. Jedna z nich tak się roztańczyła, że złamała nogę. Dane mi było zatem „złapać” ten stary klimat, poznać życie, w którym muzyka była czymś niebywale istotnym. Z pieśnią zaczynało się dzień i z pieśnią go kończyło. Co innego śpiewało się w adwent, co innego w post, a jeszcze co innego w karnawale.

Jest szansa, żeby we współczesnym, zagonionym świecie muzyka ludowa przetrwała?

- Dziedzictwo kulturowe to bardzo szeroka materia. Mnóstwo energii i pieniędzy wkłada się dzisiaj w odbudowę zabytków, rekonstruuje się czasem całe wsie. I chwała decydentom, samorządowcom, muzealnikom, że to robią. Ale ja chciałbym zwrócić również uwagę na to, co niematerialne. Nasze dziedzictwo to także słowo i pieśń. Stwórzmy warunki, by młode pokolenie o tym pamiętało. Śpiew to dziedzictwo odnawialne. Wystarczy, że młodych ludzi uda się przekonać do uprawiania muzyki ludowej. To część ich tożsamości. Tutaj jednak potrzebne są daleko idące rozwiązania systemowe. W dzisiejszym szkolnictwie nie ma jasno nakreślonej edukacji muzycznej. Mamy „półmuzykę”, „półplastykę”... Kto chce to śpiewa, a komu się nie podoba, to może sobie robić coś innego. Szkoły muzyczne nie uczą muzyki ludowej, uczelnie nie kształcą pedagogów, którzy mogliby specjalizować się w dziedzinie folkloru. Tutaj musi się coś zmienić.  Dziś niematerialnym dziedzictwem praktycznie zajmują się tylko organizacje pozarządowe, czyli stowarzyszenia podobne do naszego.

Ale to nieprawda, że młode pokolenie nie interesuje się muzyką ludową. Na Podlasiu mamy choćby zespół Południce.

- Ależ tak, to jeden z jaskrawych przykładów na to, że na wskroś muzycznym modom, idzie ku dobremu. Budujące jest to, że to dziewczyny z miasta, które z folklorem w swoim życiu się nie stykały tak jak ja, a mimo wszystko zrozumiały to piękno. W ich repertuarze mamy głównie utwory inspirowane muzyką ludową. Żeby obraz był pełny trzeba by jednak powrócić do obrzędów i masowego śpiewania. To nie może być muzyczny skansen, a raczej muzyczny rozwój. Mam znajomego w Australii, który opowiadał mi, co praktykuje się obecnie w środowiskach Aborygenów. Otóż oni już dawno zapomnieli o swojej rdzennej muzyce, pieśni, czy tańcach. Miejscowi antropolodzy starają się z mozołem „odkopywać” to dziedzictwo, nagrywają dźwięki, a potem jeżdżą po slumsach, w których zamieszkuje rdzenna ludność australijska i niejako uczą ją folkloru od nowa. W mojej opinii ten błąd my już też popełniliśmy.

Dlaczego?

- Bo nie śpiewamy.

***

Posłuchaj 3 pieśni w wykonaniu Zbigniewa Nasiadko:

Pieśń 1

Pieśń 2

Pieśń 3

***

Przemysław Chrzanowski: Pięknie pan śpiewa, panie prezesie...

 

Zbigniew Nasiadko, śpiewak ludowy, laureat wielu przeglądów i festiwali: - No tak, rzeczywiście prócz tego, że śpiewam, to od dziesięciu lat prezesuję Towarzystwu Muzycznemu Słopiewnie w Białymstoku. Pierwsze dwa lata były chude, natomiast rok 2007 był przełomowym okresem w działalności Towarzystwa. Dzięki wspólnym wysiłkom zarządu i zaangażowaniu Samorządu Gminy Sokoły oraz kierownictwa Wojewódzkiego Ośrodka Animacji Kultury udało się nam zorganizować I FestiwalDawne Pieśni - Młode Głosyw Waniewie, miejscowości położonej na terenie Narwiańskiego Parku Narodowego. Termin realizacji projektu nawiązywał do tradycyjnego, parafialnego święta w Waniewie - odpustu na św. Annę.

 

Nieprzypadkowo stał się pan mentorem tego przedsięwzięcia.

 

- Mam trochę doświadczenia w tym zakresie, ponieważ  jestem laureatem XXXII Ogólnopolskiego Festiwalu Kapel i Śpiewaków Ludowych w Kazimierzu nad Wisłą z roku 1998 oraz Konkursu Muzyki FolkowejNowa Tradycjazorganizowanego przez Polskie Radio - Radiowe Centrum Kultury Ludowej w 1999 roku. Napisałem zatem program imprezy, który w zamyśle miał połączyć idee obu tych festiwali. W pieśni tradycyjnej mieli okazję sprawdzić się przedstawiciele młodego pokolenia. Przyjęliśmy, że solista nie może mieć więcej niż 30 lat. Starsi piewcy ludowego muzykowania zaczęli mnie strofować, że nie daję im szansy zaprezentowania się podczas tego wydarzenia. Do dziś z żartem podpowiadam im, żeby do pierwszego rzędu wypychali młodych, nawet jeśliby mieli tylko ruszać ustami. Sami niech stoją z tyłu i muzykują w najlepsze.

 

Przez te kilka latprzewaliło sięprzez nasz festiwal kilkadziesiąt zespołów śpiewaczych z 30 miejscowości województwa podlaskiego. Były wśród nich takie perełki jak zespół Otako z Suwałk. Jest to grupa grająca muzykę folkową. Jej głównym motywem melodie wzięte od najstarszych ludowych skrzypków Suwalszczyzny: Franciszka Racisa oraz Mieczysława Pachutko. Poza tym na naszym festiwalu występowały Słowiankipiękne dziewczyny z Białegostoku, śpiewające po ukraińsku. Potem ze swymi białymi głosami te urodziwe niewiasty pojechały do Warszawy, by wziąć udział w festiwaluNowa tradycja. I tam przyznano im drugą nagrodę. Nasz festiwal jest zatem miejscem, gdzie pierwsze sceniczne kroki stawiają prawdziwe talenty.

 

A dla pana czym jest śpiew? Ulotną materią, sposobem na życie?

 

- Należę do grona tych, którzy z umiłowaniem trawestują słowa św. Jana. Jak pamiętamy, powiedział on, że „Na początku było słowo. A ja mówię, że na początku był dźwięk! Przecież  rodzimy się z krzykiem, potem płaczemy, i śpiewamy nie znając jeszcze słów. Przez śpiew wyrażamy swoje emocje. I tak jest od kołyski po grób. Właśnie teraz najczęściej udzielam się wokalnie na pogrzebach moich przyjaciół. Podczas uroczystości w obrządku katolickim śpiewamOjcze naszwłasnej kompozycji, natomiast podczas pogrzebów prawosławnych wykonuję piękny, pradawny lament żałobny pochodzący z okolic Supraśla.

 

Jest pan żywym dowodem na to, że profesjonalną karierę można zacząć, będąc już na emeryturze.

 

- Tak rzeczywiście się stało. W kwietniu 1998 roku odebrałem pierwsze świadczenie emerytalne, a już w czerwcu uczestniczyłem w kazimierzowskim festiwalu. I ten właśnie moment poczytuję za początek mojej kariery. Wcześniej oczywiście śpiewałem dla przyjemności, albo u cioci na imieninach. Festiwal w Kazimierzu był moim debiutem scenicznym, od tego momentu estrada stała się moim nowym życiowym wyzwaniem, któremu do dziś nie potrafię się oprzeć. Występy dla publiczności dla mnie uzależniające. To sens mojego istnienia. Śpiewam, kocham, cieszę się i płaczę jednakowo przy muzyce polskiej, ukraińskiej, czy też białoruskiej. Ze względu na miejsce, w którym żyję, wszystkie tradycje tych narodowości mi bliskie. Po jednej stronie Puszczy Białowieskiej śpiewa się po ukraińsku, z drugiej po białorusku. Ja stoję gdzieś pośrodku i z jednakowym zaangażowaniem biorę udział w festiwalach piosenki ukraińskiej i białoruskiej. W związku z tym, że w jednym i drugim przypadku repertuar ma pochodzić z Polesia, to bywa, że na obu imprezach śpiewam to samo. Pochwalę się, że i tutaj zdarza mi się sięgać po najwyższe laury. Podczas ostatniego przeglądu pieśni białoruskich zwyciężyłem w etapie rejonowym, natomiast we właściwym konkursie zająłem drugie miejsce.

 

Czy jest pan tylko odtwórcą ludowych pieśni? Nie myślał pan o stworzeniu czegoś własnego (poza wspomnianym wcześniej „Ojcze nasz”)?

 

- Nie znam nut. Zatem to, co śpiewam to efekt osłuchania się z utworami, które później prezentuję publicznie. Jeżeli jednak wpadnie mi do głowy jakiś tekst, to staram się do niegodorobićwarstwę dźwiękową. Jak się to odbywa? Po prostu śpiewam, śpiewam, wyśpiewam... Powtarzam ten motyw parę razy, utrwalam go w głowie i tak rodzi się nawa melodia. Piszę też własne wiersze, wówczas rzeczą oczywistą jest, że po pewnym czasie do moich poetyckich prób powstaje melodia.

 

Posiada pan niesamowitą łatwość komentowania różnych sytuacji przy pomocy pieśni. Jeden z paneli warsztatowych podczas konferencji w Białowieży (mowa o marcowej konferencji poświęconej dziedzictwu kulturowemu – przyp. Red.) zakończył pan fragmentemPieśni rekrutów.

 

- W swej wokalnej twórczości podążam śladem Oskara Kolberga. Z jego zapisków wynika, że wspomniana pieśń ma 16 zwrotek, ja dopisałem co nieco po swojemu i odśpiewałem, bo akurat tekst adekwatny był do sytuacji. A to, że potrafię zaśpiewać na każdą okazję, to efekt moich szerokich zainteresowań. Stoi także za tym fakt, znam dobrze kilkadziesiąt tekstów pieśni polskich, ukraińskich, białoruskich i rosyjskich. Dzięki takiemu kapitałowi potrafię znaleźć się w każdej sytuacji. Podczas spotkania, o którym pan wspomniał zaśpiewałem najpierw o powrocie do Białowieży, a potem wykonałem parę kawałków z wesela kurpiowskiego, na którym byłem...  przed  pięćdziesięciu laty. Zawsze przy takiej okazji przemieszczam się w czasie, wracam do rzeczywistości pozbawionej wygód, elektryczności. Pamiętam palące się lampy naftowe i niczym nie skażoną muzykę. Śpiewające panie miały wówczas po siedemdziesiąt, a może i więcej lat. Wszystkie rytmicznie podrygiwały w takt kurpiowskiego kozaka. Jedna z nich tak się roztańczyła, że złamała nogę. Dane mi było zatemzłapaćten stary klimat, poznać życie, w którym muzyka była czymś niebywale istotnym. Z pieśnią zaczynało się dzień i z pieśnią go kończyło. Co innego śpiewało się w adwent, co innego w post, a jeszcze co innego w karnawale.

 

Jest szansa, żeby we współczesnym, zagonionym świecie muzyka ludowa przetrwała?

 

- Dziedzictwo kulturowe to bardzo szeroka materia. Mnóstwo energii i pieniędzy wkłada się dzisiaj w odbudowę zabytków, rekonstruuje się czasem całe wsie. I chwała decydentom, samorządowcom, muzealnikom, że to robią. Ale ja chciałbym zwrócić również uwagę na to, co niematerialne. Nasze dziedzictwo to także słowo i pieśń. Stwórzmy warunki, by młode pokolenie o tym pamiętało. Śpiew to dziedzictwo odnawialne. Wystarczy, że młodych ludzi uda się przekonać do uprawiania muzyki ludowej. To część ich tożsamości. Tutaj jednak potrzebne daleko idące rozwiązania systemowe. W dzisiejszym szkolnictwie nie ma jasno nakreślonej edukacji muzycznej. Mamypółmuzykę”,półplastykę”... Kto chce to śpiewa, a komu się nie podoba, to może sobie robić coś innego. Szkoły muzyczne nie uczą muzyki ludowej, uczelnie nie kształcą pedagogów, którzy mogliby specjalizować się w dziedzinie folkloru. Tutaj musi się coś zmienić.  Dziś niematerialnym dziedzictwem praktycznie zajmują się tylko organizacje pozarządowe, czyli stowarzyszenia podobne do naszego.

 

Ale to nieprawda, że młode pokolenie nie interesuje się muzyką ludową. Na Podlasiu mamy choćby zespół Południce.

 

- Ależ tak, to jeden z jaskrawych przykładów na to, że na wskroś muzycznym modom, idzie ku dobremu. Budujące jest to, że to dziewczyny z miasta, które z folklorem w swoim życiu się nie stykały tak jak ja, a mimo wszystko zrozumiały to piękno. W ich repertuarze mamy głównie utwory inspirowane muzyką ludową. Żeby obraz był pełny trzeba by jednak powrócić do obrzędów i masowego śpiewania. To nie może być muzyczny skansen, a raczej muzyczny rozwój. Mam znajomego w Australii, który opowiadał mi, co praktykuje się obecnie w środowiskach Aborygenów. Otóż oni już dawno zapomnieli o swojej rdzennej muzyce, pieśni, czy tańcach. Miejscowi antropolodzy starają się z mozołem „odkopywać” to dziedzictwo, nagrywają dźwięki, a potem jeżdżą po slumsach, w których zamieszkuje rdzenna ludność australijska i niejako uczą ją folkloru od nowa. W mojej opinii ten błąd my już też popełniliśmy.

 

Dlaczego?

 

- Bo nie śpiewamy.

 

***

1 komentarz

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Dołącz do nas

      YTxyXYx