Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Dlaczego warto słuchać starych mistrzów?

 Rozmowa z Witoldem Roy Zalewskim.

 

Przemysław Chrzanowski: Jest pan młodym człowiekiem, śpiewającym stare pieśni, przygrywającym sobie na akordeonie. Czym tak naprawdę się pan zajmuje na co dzień?

Witold Roy Zalewski: - W szerokim spektrum moich zainteresowań znajduje się niematerialne dziedzictwo kulturowe, a w szczególności muzyka. Zajmuję się jej poszukiwaniem, rekonstruowaniem i odtwarzaniem. Biorę udział w organizacji festiwali, warsztatów. Sam jeżdżę na wieś do wielkich mistrzów i uczę się od nich kunsztu gry na instrumentach oraz śpiewu. Działam też w Forum Muzyki Tradycyjnej, które jest nieformalną organizacją złożoną z różnych podmiotów, zajmujących się tą ginącą muzyczną materią.

Koalicja walczących o ochronę muzyki tradycyjnej zdaje się jest ogromna?

- To prawda. Mamy tu wielkopolskich dudziarzy, Dom Tańca w Warszawie, Dom Tańca z Poznania, jest szereg organizacji z Lubelszczyzny i Mazowsza. Któregoś razu postanowiliśmy się spotkać i zacząć pracować wspólnie, wcześniej przez ponad 20 lat wszystkie te organizacje na własna rękę starały się pielęgnować muzykę dawnej wsi. Dzisiaj nasze działania są bardziej spójne i przemyślane. Na rzecz Forum pracują zarówno profesjonaliści: etnografowie, etnomuzykolodzy, ale nie brakuje amatorów i pasjonatów. Tą ostatnia grupę stanowią przede wszystkim młodzi ludzie z miasta, którzy dostrzegli piękno wiejskiej muzyki tradycyjnej i chcą się jej uczyć. Cały ten twór funkcjonuje w pewnej opozycji do oficjalnego nurtu, związanego z ochroną dziedzictwa kulturowego w zakresie muzyki.

 
Warsztat tańców z Bukówca Górnego na potańcówce Domu Tańca Poznań.

Co pan ma na myśli?

- Mówię tu o zespołach, które ludowe są tylko z nazwy. To tak naprawdę profesjonalne grupy, traktujące tradycję w sposób instrumentalny. Biorą na warsztat pieśni ludowe, jakieś tańce, a następnie prezentują to wszystko na scenie. Taki obraz tradycyjnej muzyki jest nieco przerysowany, zafałszowany. Tymczasem my szukamy prawdy. Staramy się precyzyjnie ustalić, do czego ta muzyka może nam się przydać dzisiaj. Czy nie warto byłoby takiego oberka zatańczyć dla siebie, a nie na pokaz? Czy nie lepiej nauczyć się go grać dla siebie? Ważne, by w tym uczestniczyć naprawdę, a nie budować obrazka z cepelii. Przykładem swego rodzaju fałszu w tej materii jest znany wszystkim Zespół Pieśni i Tańca „Mazowsze”. Powszechnie uważa się, że ma on rodowód ludowy, tymczasem jest to wielka formacja sceniczna. Ludzie na wsi traktują jednak „Mazowsze”, jako wzorzec kultury ludowej i transponują ten produkt na swój lokalny grunt. My staramy się namawiać ludzi na wsi, żeby tradycyjną muzykę uprawiali dla siebie, żeby starali się szukać w niej sensu.

Zasoby nieodkrytej muzyki tradycyjnej są jeszcze przepastne? Jakoś trudno w to uwierzyć.

- To zależy gdzie się szuka. W Polsce mamy tą sytuację, że po drugiej wojnie światowej nastąpiły wielkie przesiedlenia. Potem mieliśmy do czynienia z masową migracją ludności wiejskiej do miast. Jesteśmy zatem dość dobrze wymieszani, dlatego trzeba mierzyć w te okolice, z których ludzie na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci raczej nigdzie się nie ruszali. Bardzo pomocne w naszych poszukiwaniach bywają rozmaite festiwale. Najbardziej popularny jest ten organizowany rokrocznie w Kazimierzu. Trafiają tu prawdziwe perełki z całego kraju. Podobnym kluczem dla osób szukających dawnych tradycji muzycznych jest nagroda im. Oskara Kolberga, przyznawana wybitnym twórcom ludowym.


W domu Stanisława Fijałkowskiego w Chrzanowie na Roztoczu.

A czy tutaj nie zachodzi podejrzenie o brak autentyzmu? Festiwalowy klimat rządzi się swoimi prawami. Czy nie ważniejsza od prawdy jest tam jednak rywalizacja?

- No właśnie, można się na tym czasami „przejechać”, ponieważ są zespoły, muzykanci i śpiewacy, przygotowujący swój repertuar dajmy na to pod Kazimierz. Zależy im przede wszystkim na zaspokojeniu oczekiwań jury. Bywa, że w razie niepowodzenia tym ludziom zwyczajnie odechciewa się zajmować muzyką. Obecnie toczy się taka dyskusja na Forum Muzyki Tradycyjnej: otóż na jednym z przeglądów lokalnych pewien wójt zagroził członkom jednego z zespołów, że jeśli będą zadawali się z takimi ludźmi jak my – z miasta – to nigdy więcej nie wyśle ich na festiwal do wspomnianego Kazimierza. Trudności po drodze zatem nie brakuje.

Inną ścieżką poszukiwania muzyki tradycyjnej jest ścieżka rodzinna. Jeżeli ktoś urodził się w Poznaniu, a jego dziadkowie pochodzą ze wschodu, to jest to doskonała okazja, by tam pojechać i trochę poszperać. Można wypytać dalszą rodzinę, dowiedzieć się, kto, gdzie i na czym gra. Oni doskonale są zorientowani, że w okolicy są starzy mistrzowie, podpowiedzą jak do nich dotrzeć. Poza tym potrzebne jest samozaparcie, nie można się zniechęcać...

A co pana napędza do tych poszukiwań? Świadomość tego, że uda się uratować kawałek przemijającej spuścizny po przodkach?

- To przede wszystkim pasja. Mnie ta muzyka po prostu zachwyca, chociaż zgrzeszę, jeśli powiem, że nie chciałbym jej zachowania dla potomnych. Ponadto z tym, co robimy w Forum wiąże się jakiś prestiż. Poświęcamy się wyjątkowo ulotnej materii, nie każdemu jest to dane. To także jest forma pewnej gratyfikacji, która niewątpliwie daje siłę do dalszych działań. Nie bez znaczenia są tutaj ludzie, którzy podobnie jak ja są pozytywnie zakręceni na punkcie muzyki tradycyjnej. Sądzę, że bardzo dobrze na siebie oddziałujemy, mamy swój język, świetnie się rozumiemy. Dla mnie dodatkowo niebywale istotne jest wchodzenie w relacje interpersonalne ze społecznościami lokalnymi, w których prowadzę poszukiwania.

Pewnie wtedy napotyka pan ślady dawnych mistrzów. Czy trudno do nich dotrzeć? Kim są? Czy jest ich wielu?

- Jest ich jeszcze sporo, ale ci najstarsi jeden za drugim odchodzą. Dlatego trzeba się spieszyć. Tradycja przenosi się co drugie pokolenie, rodzice nigdy nie będą tak kompetentni w zakresie szeroko pojętej tradycji jak ich dzieci. W stałym kontakcie trzeba być właśnie z dziadkami, ale mistrzów można szukać także w gronie uczniów dawnych mentorów. Dla mnie są nimi tacy ludzie jak: Jacek Hałas, Adam Strug, Janusz Prusinowski. Oni tą muzyką zafascynowali się mniej więcej 20 lat temu i zdążyli już wychować nasze środowisko. Teraz my staramy się przejmować pałeczkę, dzięki Forum Muzyki Tradycyjnej zarażamy innych. Być może w przyszłości sami zostaniemy mistrzami. Tu chodzi o pewien sposób działania, nie tylko poznajemy, ale i rozwijamy tradycję. W tym kontekście warto powiedzieć o taborach, w trakcie których stykamy się z muzyką ludową bardzo blisko.


Potańcówka Domu Tańca Poznań z udziałem Kapeli Dudziarzy C.K. Zamek.

Tabor kojarzy mi się jedynie z kulturą cygańską...

- Tymczasem przedsięwzięcie, o którym mówię wywodzi się z tradycji taborów węgierskich, gdzie w latach 70. na fali kontrkultury przeciwko komunizmowi młodzi ludzie zainteresowali się ludowizną. Jeździli na tereny wiejskie, by poznawać lokalną twórczość. U nas to zafunkcjonowało dopiero teraz. Polega to na tym, iż zakładamy obóz w miejscu, gdzie istnieje żywa tradycja muzyczna, dogadujemy się wcześniej z miejscowymi muzykantami i uczymy się od nich wszystkiego takt po takcie. Spotkanie trwa czasem tydzień, czasem nawet i dwa. W tym czasie dajemy możliwość zaprezentowania swoich możliwości nie tylko lokalnym mistrzom, ale i samym uczestnikom spotkania, z reguły są to ludzie z całej Polski.

Trzeba zapewne mieć solidne przygotowanie muzyczne do tego, by z porad owych mistrzów skorzystać. Nie każdy chyba jest w stanie temu wyzwaniu podołać?

- To jest mit, że trudno się tego nauczyć. Chociaż muzyka ludowa do najłatwiejszych nie należy. Można zacząć zupełnie od zera i to w każdym wieku. Należy tylko poświęcić trochę czasu, a efekt będzie murowany. Przecież nie trzeba zaraz rzucać się na opanowywanie tajników skomplikowanych instrumentów, wystarczy zacząć śpiewać ludowe melodie. Jeżeli brak nam odwagi, spróbujmy w grupie. I warto pamiętać, że to nie jest szkoła muzyczna, tu nie trzeba pod przymusem odrabiać lekcji, ani zdawać końcowych egzaminów w określonym terminie. Pamiętajmy, że kultura ludowa przekazywana była następnym pokoleniom w dość swobodnej atmosferze, bez jakichkolwiek nacisków. To zawsze był element życia, stale obecny, a nie przez kogokolwiek narzucony.

Czy w organizacji takich taborów ktoś was wspiera? Mówię o wsparciu finansowym, ale też merytorycznym.

- Tabory i festiwale wspiera m.in. MKiDN a część kosztów ponoszą także ich uczestnicy. Na uwagę zasługują także programy IMIT, który realizuje w tej chwili zainicjowane przez nas programy w ramach projektu finansowanego przez Ministerstwo Kultury. Stamtąd płyną środki finansowe. Dotacje takie nie są porażająco wielkie. Otrzymujemy kwoty rzędu 10-20 tys. zł. To w zupełności wystarczy. Obecnie w Instytucie Muzyki i Tańca trwają dwa ważne programy. Pierwszy z nich to „Szkoła mistrzów tradycji”, w ramach której właśnie wiejscy mistrzowie prowadzą warsztaty w swoim regionie. Drugi program to „Szkoła mistrzów budowy instrumentów ludowych”.

Na koniec zapytam o... akordeon, z którym pan podróżuje. Zdaje się, że nie jest to instrument stricte ludowy?

- Gram na akordeonie, bo jakoś najłatwiej było mi zdobyć ten instrument. Co prawda w niektórych regionach grywa się na nim w muzyce ludowej, ale raczej jest on w środowisku wiejskich muzykantów niemile widziany. Akordeon uchodzi z instrument, który wiele upraszcza, czego nie można powiedzieć na przykład o skrzypcach, czy prostym bębenku. Instrumentem najwierniej eksponującym ludzkie emocje jest jednak... śpiew. Śpiew nie ma żadnych ograniczeń, nie ma temperacji stroju, zawsze mamy go przy sobie, a poza tym na ten instrument mamy najbogatszy repertuar. A więc korzystajmy z niego i po prostu śpiewajmy!

***

 

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Dołącz do nas

      YTxyXYx