Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Kurpiowskie Boże Narodzenie

Boże Narodzenie to czas magiczny. Czas miłości, radości, przebaczania, ale także czas refleksji i spotkań rodzinnych. To także czas powrotu do korzeni. Dziś zabieramy Państwa w świąteczną podróż na Kurpie, w rolę przewodnika po dawnych tradycjach i obyczajach wcieli się regionalista, człowiek instytucja – Jan Kania.

Adwentowe wyczekiwanie

Adwent na Kurpiach to był zawsze czas bardzo szczególny. W gospodarstwie się wszystko porządkowało, „ogromadzało”, przygotowywało na tęgie śniegi i mrozy. Do stodół zwoziło się resztki siana ze stogów, zabezpieczało przychówek w oborach przed niskimi temperaturami. A sferze religijnej pilnowało się, żeby żadnej mszy niedzielnej nie opuścić i być w kościele na porannych roratach. Pamiętam, że już będąc dzieckiem bardzo mi zależało, by zwolniono mnie z porannego obrządku, bo tylko wtedy można było pognać na adwentowe nabożeństwo. Po czterech tygodniach oczekiwania i sumiennego uczestnictwa w roratach czuło się swego rodzaju spełnienie, człowiek był dumny i dowartościowany.

dsc 00050zaja34

Adwent to także czas postu. Przed laty większość ludzi na wsi klepało biedę, stąd i do garnka przez cały adwent niewiele się wkładało. Żyło się bardzo skromnie, żywiąc się przede wszystkim tym, co urodziła ziemia i dało gospodarstwo. Gotowało się ziemniaki, buraki i kaszę. Do chleba próżno było szukać kiełbasy czy boczku. Na te frykasy trzeba było poczekać do świąt. W tym czasie stroniło się od alkoholu. Niektórzy próbowali na ten czas odrzucić inne złe nawyki, popularne było rzucanie palenia. Ludzie z dużą powagą myśleli o świętach, przygotowywali się duchowo. W żaden sposób nie da się tego porównać z dzisiejszym komercyjnym stosunkiem do Bożego Narodzenia. Obecnie mięso jest na każdym stole, a za czasów mojego dzieciństwa nierzadko jedną świńską nogę dzieliło się jeszcze na pół.

dsc 00120zaja34

Wigilia

Ten radosny dzień na Kurpiach oznaczał zakończenie przedświątecznej krzątaniny i przygotowania potraw na „Wilię”, zwaną też „Zilią”. Przestrzegano ścisłego postu w ciągu dnia, nie jadło się mięsa, a każdą porcję dzieliło się na połowę – byleby głód odpędzić. Po południu natomiast strojono choinkę. Początkowo jej funkcję pełnił ustawiony w kącie snop słomy, później sosna zawieszana u sufitu. Obecne od początku XX w. drzewko dekorowano własnoręcznie wykonanymi ozdobami z bibuły i włóczki oraz tradycyjnymi świeczkami. Było to trochę ryzykowne, bo w tych naszych chałupach panowała ciasnota, trzeba było uważać, żeby nie trącić gałązki ze świeczką, bo o pożar wtedy nietrudno. Nie mniej tak przystrojone drzewko robiło niesamowite wrażenie, ten obraz z dzieciństwa do dziś mam w pamięci.

dsc 00260zaja34

Jednym z najważniejszych kurpiowskich obyczajów świątecznych było to, by w odwiedziny jako pierwsza nie przychodziła sąsiadka, lub też inna kobieta. Wierzono, że wówczas krasula wyda na świat jałówkę. Natomiast kiedy przyszedł chłop w odwiedziny, pewnym było, że będzie byczek. Czasami po złości sąsiedzi wysyłali swoje kobiety, by drugim zapewnić nieprzychylny los. Ale kiedy kobieta zawitała w już obce progi, to sadzano ją przy piecu. Dlaczego? Bo dzięki temu w danym domostwie kury miały potem obficie znosić jajka.

lelis1zaja34

Sama kolacja wigilijna na Kurpiach przebiega podobnie jak w innych regionach Polski. Niby powinno się ją zaczynać od momentu, kiedy pierwsza gwiazdka zaświeci na niebie. W praktyce jednak, do stołu zasiadało się w chwili, gdy rodzice kończyli wieczorny obrządek. Zaczynało się od opłatka i życzeń, opłatek od zawsze dawało się zwierzętom - z szacunku i w nadziei, że przemówią ludzkim głosem. Na Kurpiach opłatek wrzucało się również do studni. A to po to, by w nadchodzącym roku nigdy w niej wody nie brakowało, by zawsze była zdrowa dla domowników i przychówku.

lelis3zaja34

Jeżeli chodzi o moje wspomnienia z wieczerzy wigilijnej, to powiem, że najlepiej zachowuję w pamięci smak kapusty z grzybami. I choćby nie wiem jak ją przyrządzać wiosną, latem, czy jesienią – nigdy nie będzie tak dobra jak w wigilijny wieczór. Jak czytamy na witrynie www.kurpiowskiespecjaly.pl , w niektórych domach na kolację wigilijną gotowano na sypko groch lub fasolę. Pod koniec wieczerzy gospodarz nabierał na łyżkę tę potrawę i podrzucał do sufitu mówiąc „To na szczęście, żeby się groch (fasola) rodziły”. Jeśli przy tym zawartość łyżki przylgnęła do sufitu stanowiło to dobry znak na przyszłe zbiory. Jako prognostyk plonów traktowano także w różnych częściach regionu wyciąganie spod obrusa po posiłku źdźbeł siana. Wyciągnięcie przez gospodarza źdźbła z kłosem wróżyło dobre plony w nadchodzącym roku.

lelis4zaja34

Wieczór wigilijny kończyła pasterka. Msza niejako otwierająca Boże Narodzenie zawsze miała bardzo uroczysty charakter. Jeżeli się w niej nie uczestniczyło, czuło się niedosyt, człowiek miał przekonanie, że nie do końca przeżywa święta.

Czas świętowania

Pierwszy dzień świąt upływał pod znakiem błogiego lenistwa i spędzania czasu z najbliższą rodziną. Kto nie był w kościele na pasterce, obowiązkowo musiał zaliczyć mszę. I na tym w zasadzie świąteczna aktywność się kończyła. Drugi dzień to czas, w którym ludzie wychodzili z domów, odwiedzali się i przyjmowali kolędników. Przychodzili oni z gwiazdą i szopką, w której przedstawiano świętą rodzinę. Jeżeli pogoda była łaskawa, udawało im się „obskoczyć” całą wieś w jeden dzień. Bywało jednak, że przy dużych śniegach kolędowanie trwało kilka dni. W zamian za odwiedziny otrzymywali coś do zjedzenia albo po parę grosików. W grupie kolędowej nie mogło zabraknąć marszałka, króla Heroda, pastuszków. Czasami było ich tak dużo, że nijak nie mogli pomieścić się w ciasnych chałupach. Ulubionym motywem przewodnim kolędników była wędrówka pasterzy do Betlejem, przedstawiano także ich budzenie przez anioła, przygody podczas wędrówki oraz opis darów, jakie niosą.

lelis5zaja34

Od drugiego dnia świąt zaczynały się dni świeczkowe zwane też dwunastnicą - od dwunastu kolejnych dni trwających do Trzech Króli i odpowiadających kolejnym miesiącom roku. Pogoda w każdym z tych dni przepowiadała, jakie będą miesiące całego roku. 26 grudnia informował, jaki będzie styczeń, 27 grudnia odnosił się do lutego, 28 grudnia – do marca itd. Ranek to początek miesiąca, południe - środek, wieczór - koniec. Ludzie skrupulatnie zapisywali swoje obserwacje, a potem wykorzystywali tę wiedzę, planując prace gospodarskie. Muszę podkreślić, że ta tradycja była u nas żywa jeszcze w latach 80. Sam się stosowałem do tych ludowych wierzeń i bazując na swych doświadczeniach powiem, że to się sprawdzało. Potem atmosfera się stargała, aura zaczęła przybierać bardziej gwałtowną, a co za tym idzie nieprzewidywalną formę.

Dni świeczkowe były dniami szczególnymi, wróżebnymi, a jednocześnie świątecznymi, więc w tym okresie obowiązywało również szereg zakazów magicznych, dotyczących głównie wykonywania pewnych prac, jak tkanie i przędzenie na kołowrotku. Od wigilii do końca roku absolutnie nie wolno było nic szyć. Starsi ludzie gadali, że kto do tego zakazu się nie zastosował, temu rodził się cielak z zarośniętą kiszką stolcową. Dzisiaj pewnie by go odratowano, ale dawniej taki nieszczęśnik ledwo dożywał czterech dni, przysparzając gospodarzowi niemałych kłopotów. Za moich czasów rzeczywiście do takich sytuacji dochodziło.

Mniej chlubny obyczaj dotyczył malowania okien. Na Kurpiach malowano zasadniczo wodą z popiołem, ale wraz z rozwojem technologii w ruch szła farba – nierzadko olejna. Panny naprawdę miały wówczas, co robić, zaschniętą emalię trzeba było skrobać żyletkami po kawałku. Pewnie wówczas mocno narzekały na zalotników, ale o ile gorzej byłoby, gdyby tak przy malowaniu o nich zapomniano?

Przemysław Chrzanowski
Foto: Centrum Kultury - Biblioteki i Sportu w Lelisie.

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Dołącz do nas

      YTxyXYx