Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Dawne żniwne obyczaje. Może warto do nich wrócić?

Okres żniw był niegdyś szczególnym czasem. Od tego, co wydała ziemia, zależało życie mieszkańców wsi przez następny rok. Obfite plony zapewniały dobrobyt, pozwalały wyżywić zwierzęta i zagwarantować pomyślność ozimych zasiewów. Żniwowaniu towarzyszyły zapomniane dzisiaj obyczaje. Do dawnych tradycji pomoże nam wrócić Ewa Siudajewska, regionalistka z Ziemi Świętokrzyskiej.

imgp4564zaja

 Kilka kłosów Bogu w podzięce

- Większość obyczajów bezpowrotnie odeszła w niepamięć, ale do dziś zdarza mi się widzieć niedokoszone kawałki zagonów. Gdzieś na skraju pola pochylają się nieliczne kłosy. Ktoś niezorientowany mógłby pomyśleć, że to wynik zaniedbania ze strony gospodarza, tymczasem to pradawny zwyczaj, by zostawić kępkę zboża gdzieś przy łączynie dla dzikich zwierząt, dla ptactwa, czy po prostu dla ubogich, którzy nie mieli swoich zagonów. Dzięki temu byli w stanie namłócić czasem i worek zboża. Mawiano także, że to dar dla Pana Boga. Wierzono, że jeżeli pozostawi się tę garść ziaren, to przez cały rok gospodarzowi i jego rodzinie będzie się dobrze wiodło. Dziś, kiedy do rolnictwa podchodzi się w sposób czysto biznesowy, na takie praktyki właściwi nie ma już miejsca – opowiada Ewa Siudajewska.

imgp4570zaja

Od sierpa do kosy

Do żniw wychodzono wczesnym rankiem. W dawnych czasach nie rozpoczynano kośby bez modlitwy, proszono o dobry zbiór i sprzyjającą aurę. Obowiązywał wyraźny podział obowiązków, do mężczyzn należało żęcie, kobiety natomiast zajmowały się pobieraniem. Początkowo do żniwowania używano jedynie sierpów, z czasem zboże zaczęto siec kosami. Na terenach podłysickich nie spotkało się to z aprobatą ze strony wielu gospodarzy.

– Mawiali, że to w głowie się nie mieści, by chleb, dar Boży kosą ciąć. Z czasem jednak owa żniwna rewolucja upowszechniła się, dzięki niej robota szła żwawiej. Kobiety musiały uwijać się jak w ukropie , by nadążyć pobierać zżęte zboże, dzielnie pomagały im dzieciaki, które przygotowywały dlań słomiane postronki. Do gospodarskich latorośli należało także formowanie kopek, w jednej znajdowało się 12 snopków, zestawianych ze sobą parami – mówi Ewa Siudajewska.

imgp4576zaja

– Do sierpa ani kosy nie dopuszczano bardzo młodych osób. Były to narzędzia niezwykle ostre, trzeba było się nimi posługiwać rozważnie i odpowiedzialnie. W dawnych czasach nie było zastrzyków przeciwtężcowych, a więc nawet niewielkie skaleczenie mogło skończyć się tragicznie. Kiedy jednak nadszedł właściwy czas, młodzieńcy otrzymywali z namaszczeniem sierpy od swych rodziców i nieśli je ostrożnie tak, by ostrze było skierowane w dół. Przed rozpoczęciem żęcia kładli narzędzia na ziemi, a sami przyklękali i pogrążali się w modlitwie. To był rodzaj swoistej inicjacji. Dawno temu, zanim zabierano się za żniwowanie, wypowiadano dziś już zapomniane kwestie, zwracano się do Boga, do św. Barbary, do Świętej Panienki. A wszystko po to, by kośba, była obfita.

imgp4587zaja

Praca przy żniwach odbywała się zwykle w upalne dni, aby uciec przed ostrym słońcem przed południem schodzono z pola. Było to czas na przygotowanie posiłku i krótki odpoczynek. Po tzw. południoku powracano na pole i ponownie zabierano się za sieczenie, pobieranie i zestawianie kopek. I tak aż do wieczora. Bywało, że zagon znajdował się daleko od domowego siedliska, wówczas zabierano prowiant ze sobą i konsumowano go wówczas, kiedy palące słońce znajdowało się w zenicie. Do chałupy wracało się wówczas dopiero o zmierzchu.

Ważną rzeczą było to, by podczas żniwowania nikogo nie pozostawić w osamotnieniu. Ludzie pomagali sobie wzajemnie. Najpierw żęli u jednego, potem krewni, sąsiedzi przechodzili na kolejne pole i żniwowali wespół dotąd, aż sprzątnęli z pola cały plon.

imgp4589zaja

By na polu nie pozostał żaden kłos

Ustawione na polu snopki trzeba było codziennie odwracać, by dobrze przeschły. Musiały odstać na polu nawet dwa tygodnie. Dopiero takie „odparowane” zboże zwożono do stodół. Tak działo się przy sprzyjającej pogodzie, bywało jednak, że przy deszczowej aurze kopy nie wysychały i przerastały. To było prawdziwe nieszczęście, niedola. Plony nie nadawały się wówczas ani na zasiewy, ani do konsumpcji.

– Na polu nie zostawał ani jeden kłosek. To, czego matka nie pobrała i nie związała w snopek, zbierały z ziemi dzieciaki. Odnoszono się z szacunkiem do każdego ziarenka. Nawet jak zbierano sporysz, czym z reguły zajmowały się młode osoby, nie można było zadeptać zboża. Sama się tym kiedyś zajmowałam i miałam przez rodziców wpojone, by tak przemierzać zagony, by zasiewy nie ucierpiały. Było to dość intratne zajęcie, zwykle udawało się za to nabyć na przykład buciki – wspomina Ewa Siudajewska.

img 1891zaja

Kiedy zboże trafiało do stodoły, nie można było go ułożyć byle jak. Pod Łysicą mawiano, żeby kłaść tełkami (tyłkami) na zewnątrz –czyli kłosami do środka.Na bojowisku (centralna część stodoły) pozostawiano medołek (mendelek) zboża dla myszy, żeby nie łupiły ułożonych snopków. Przeciwko gryzoniom stosowano rozmaite kombinacje ziół, wykładano również gałązki brzozowe.

Pierwsza młócka na pierwszy chleb

Ludzie byli spragnieni pierwszego wypieku chleba ze świeżej mąki, dlatego niewielką część zboża młócono dość wcześnie po żniwach. Była to czynność mozolna, wykonywana przy pomocy cepów. Zboże oddzielano od plew przy pomocy wialni. Tak oczyszczone wieziono do młyna, by zemleć na mąkę.W późniejszych czasach, gdy na wsiach pojawiły się młocarnie chłopi, tak jak podczas żniw, pomagali sobie wzajemnie. Jedni drugim potem „odmłacali”.

imgp4621zaja

Zasadnicza młócka odbywała się jednak dopiero późną jesienią, czy zimą, kiedy ziemniaki z pola już zwieziono, kiedy zagony zaorano. Wówczas szykowano zboże na mąkę, kaszę i na wiosenny siew, wypełniano nim komory.Słoma oraz plewy były wykorzystywane, jako pasza dla zwierząt.

Dożynki inne niż dziś

Za czasów pańszczyźnianych ekonomi zarządzający pracami na pańskim polu wybierali po kilka dziewcząt, które najsprawniej radziły sobie z pracą przy żniwach. Pozwalali im na to, by wzięły trochę zboża i uwiły dożynkowe wieńce. Nie były to skomplikowane konstrukcje, a raczej owalne plecionki z pszenicy, żyta, lnu i prosa. Wieniec taki dziewczęta niosły do dziedzica, ośpiewywały go, przemawiając przy okazji, by dziedzic był łaskaw sowicie sypnąć groszem. Kiedy ten miał gest, rzucał garść pieniędzy na dziedziniec, a dziewczęta pieczołowicie je zbierały. Był to rodzaj premii za wykonana pracę. Wieńców nie noszono wówczas do kościoła, nie organizowano imprez. Festynowy charakter dożynek to domena już współczesnych czasów.

img 8123zaja

Przemysław Chrzanowski

Foto: Święto Chleba 2016, źródło: Muzeum Wsi Kieleckiej

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Dołącz do nas

      YTxyXYx