Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Historia z ziemi wydarta

Działają na pograniczu prawa. To znaczy, że jeżeli nie mają pozwolenia od konserwatora zabytków, to w myśl przepisów są przestępcami. Mają częste wizyty policji, rekwiruje się im sprzęt, stawia się rozmaite zarzuty. Ale jest to ich styl życia. Mówią wprost, że to kochają i przekonują, że nikomu nie robią krzywdy. Lubuska Grupa Eksploracyjna „Nadodrze”, bo o niej mowa, liczy około 30 osób i ma charakter zamknięty.

1

 - W całej Polsce poszukiwaczy jest około 200 tysięcy, większość z nas chciałaby włączyć się w szeroko pojęty nurt regionalizmu. Istnieją różne towarzystwa miłośników rozmaitych ziem, z nami mogą zrobić 65 razy więcej niż bez nas. Jesteśmy organizacją pozarządową, w całym kraju istnieje takich pięć. Dlaczego tak mało? Bo ludzie boją się ujawniać ze swoja pasją, nie chcą nigdzie występować z imienia i nazwiska, boją się powiedzieć, że mają wykrywacz metali – mówi Sławomir Stańczak, prezes organizacji.

- A przecież w świetle prawa nie jest to nic zdrożnego. Jestem w stanie wysłać do osiedlowego marketu siedmioletnią córkę i ona mi kupi ten wykrywacz, ale z drugiej strony nie mogę wysłać jej po broń, albo narkotyki. Tymczasem ów wykrywacz w pewnych sytuacjach także służyć może do popełniania przestępstwa.

W imię legalnej współpracy

W województwie lubuskim robią świetną robotę. Angażują się w pilotażowy projekt, który swym zasięgiem obejmuje całą Polskę, a dotyczy wypracowania modelu współpracy poszukiwaczy skarbów ze służbami konserwatora zabytków i archeologami. Takie działania pokazują, że można się ujawnić. To oczywiście kosztuje sporo nerwów, bo wśród nich są i policjanci i prokuratorzy i lekarze. Oni nigdy nie pokażą swojej twarzy, nie zdadzą nazwiska, bo zwyczajnie się boją. Model współpracy ma być prosty i zrozumiały, mają temu towarzyszyć nieskomplikowane zasady uzyskania pozwoleń. W grę wchodzi ograniczenie do absolutnego minimum biurokracji w tym zakresie. Chcą również zająć się kwestią informatyczną, aplikacjami mobilnymi, które ułatwią współdziałanie.

- Ktoś może zapytać, po co to wszystko, skoro jest to poniekąd złe? Wyobraźmy sobie 16-letniego chłopaka, który dostaje pod choinkę wykrywacz za dwieście złotych. Idzie potem z tym słabiutkiej jakości urządzeniem, coś tam znajduje i zaczyna się coraz bardziej interesować historią miejsca, w którym żyje. Zagląda do książek, zgłębia wiedzę, która dotąd była mu obca. Popełnia przy tym wiele błędów, ale każdy poszukiwacz ewoluuje i z czasem wie o niepisanych zasadach. Posługujemy się specyficznym językiem, stanowimy swego rodzaju subkulturę. Jesteśmy bardzo bezpośredni, skracamy dystans mówiąc do siebie po imieniu bez względu na wiek. To po prostu styl życia. To są ogniska, to są rozmowy, to w końcu najmądrzejsze hobby na świecie.

8

Wszystko co wyjmujemy z ziemi stanowi pretekst do głębokiej analizy, wspólnie uczymy się, po powrocie zaglądamy do literatury, pogłębiamy swoją wiedzę. Postępujemy według przyjętych w naszych kręgach zasad. Mianowicie nie kopiemy na grodziskach, cmentarzach, nie wchodzimy na pola obsiane przez rolników, niczego nie niszczymy – opowiada Sławomir Stańczak.

Ale mimo tego jesteśmy pod notorycznym obstrzałem. Chcemy być prekursorami legalnych działań. Wierzę, że się to uda. Niedawno udzieliłem wywiadu dla tygodnika „Wprost” i jako jedyny wystąpiłem tam z imienia i nazwiska. Zwykle jest tak, że nazajutrz mam wizytę policji w domu. Tym razem jednak jeszcze do mnie nie zapukali. Być może zaczyna się coś zmieniać? To oczywiście pobożne życzenie, w rzeczywistości jest tak, że niemal każdym działaniem zasługuję sobie obecnie na miano przestępcy. Działamy na terenach, gdzie przez całe wieki istniały winiarnie. Gdybym znalazł na przykład kamień fundacyjny sprzed kilkuset lat, to nie mógłbym go oddać na przykład do muzeum, albo jakiejś izby regionalnej. Przedstawiciele każdej z tego rodzaju instytucji zobligowani są powiadomić organy ścigania o tym fakcie. I to koniecznie trzeba zmienić.

Jak wygląda poszukiwacz?

Oczywiście trzeba przygotować się do rycia w ziemi, a czasem i w błocie. Potrzebne są solidne ciężkie buty, które stanowią doskonałe narzędzie służące zakopywaniu dziur po sobie. Atrybutem poszukiwacza jest też solidna łopata no i rzecz jasna wykrywacz metali. Jeżeli ktoś zajmuje się tym już nie dla zabawy, musi posiadać dobrej jakości urządzenie.

2

- To, które wykorzystuję na co dzień, kosztuje około 9 tys. zł. Jest to sprzęt, który rozróżnia kolory, informuje o wymiarach znaleziska i o jego położeniu. Pozwala nam to zajrzeć w głąb ziemi na jakieś 20-30 cm.

Jeżeli ktoś myśli, że jesteśmy w stanie stwierdzić, co leży na głębokości metra, czy dwóch to jest w grubym błędzie. Rozwój technologii nam oczywiście trochę pomaga, co rusz dostępne są elektroniczne nowinki, dzięki czemu można jeszcze precyzyjniej trafiać we właściwe miejsca. No i na koniec wspomnieć muszę o torebce, do której chowamy nasze znaleziska – wymienia prezes „Nadodrza”.

Nasze skarby

To nie są żadne diamenty, to nie złoto. To na przykład stare niemieckie monety ze swastyką, to resztki po zegarkach, destrukty, temperówki, klamerki, guziki od gaci, różnego rodzaju zapięcia i bliżej niezidentyfikowane metalowe elementy. To nie są rzeczy, które zabijają, ani takie, za sprawą których nauka traci.

- Niemniej wśród tego ogromu mało istotnych znalezisk trafiają się eksponaty ważne i my chcielibyśmy je legalnie, bezpiecznie oddać. Nie chcemy ich trzymać w domu pod łóżkiem i nikomu nimi się nie chwalić. Chcemy, żeby trafiły do muzeów. A jedyne czego oczekujemy to tylko tego, żeby nas ktoś klepnął po ramieniu i powiedział, że jest ok – zapewnia Sławomir Stańczak.

- Spektakularnych działań było wiele, ale pamiętam dobrze naszą eksplorację w miejscu, gdzie w 1759 roku rozegrała się bitwa pod Kijami, Starły się tam armie pruska i rosyjska. Teren był badany przez Towarzystwo Miłośników Ziemi Sulechowskiej od niepamiętnych czasów przy użyciu jednego starego wykrywacza metali. Panowie mieli pozwolenie i przez pięć lat prowadzili legalne badania w oparciu o literaturę i inne źródła historyczne. My przyjechaliśmy tam tylko na trzy dni i znaleźliśmy tyle artefaktów, przeprowadziliśmy tyle badań z lokalizacjami GPS, że dwa tygodnie później powstała wystawa. Jak łatwo się domyślić, organizatorzy o nas nie wspomnieli. Łącznie wykopaliśmy wtedy spod ziemi kilka tysięcy eksponatów.

- I dlatego nas to tak kręci. Nie chcemy za to żadnych pieniędzy, chcemy kopać, łazić w błocie i na mrozie i zwyczajnie oddawać się całkowicie swojej pasji – kwituje Sławomir Stańczak.

Przemysław Chrzanowski

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Dołącz do nas

      YTxyXYx