Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!
Wydrukuj tę stronę

Paweł Grabowski – smart kamikadze

Mówi o sobie, że jest lekarzem ostatniego kontaktu. Zajmuje się osobami na końcu ich drogi, pomaga w cierpieniu, dba o godną starość. Porzucił wielkomiejskie ośrodki, by rozpocząć swą życiową misję na Podlasiu. Pretekstem do naszej rozmowy stał się konkurs „Moja smart wieś”.

grabowski 1zajaWKAX
Dr. Paweł Grabowski, Prezes Fundacji Hospicjum Proroka Eliasza.

Przemysław Chrzanowski: Dlaczego obrał pan ten kierunek?

Dr. Paweł Grabowski, Prezes Fundacji Hospicjum Proroka Eliasza: - To specyficzne miejsce. Jeździmy do pacjentów w pięciu gminach, z reguły są to obszary o niskim stopniu rozwoju społeczno-gospodarczego, zamieszkiwane przez dwadzieścia parę osób na kilometrze kwadratowym. To starzejąca się społeczność, nie ma przemysłu, więc młodzi uciekają. W konkursie właściwie mieliśmy nie startować, bo mamy niewiele do czynienia z inteligentnymi technologiami. Przeczytałem jednak definicję pojęcia „inteligentny” i okazało się, że tu nie chodzi o działanie wsparte elektroniką i internetem. Robimy rzeczy, które mało kto się odważa się robić na wsi. Jesteśmy jak smart kamikadze.

To wynika ze złej dostępności do służby zdrowia na Podlasiu?

- Tu, gdzie działamy, rzeczywiście jest kiepski dostęp do opieki zdrowotnej, marny dojazd… Zewsząd słychać, że w całym kraju sytuacja jest dramatyczna, ale chcę podkreślić, że na wsi jest dwa razy gorzej, to ogromny kłopot. Wielu ludzi ma wsparcie lekarza rodzinnego i ośrodków pomocy społecznej, ale jak wynika z raportów NIK, jest mnóstwo gmin, gdzie GOPS-y nie funkcjonują w ogóle. Trafiliśmy na taką wieś, zakładając hospicjum, gdzie leczenie ludzi z nowotworami kończyło się na lekarzu rodzinnym. Co prawda ma on szerokie kompetencje, ale w przypadku bólu może przepisać jedną, drugą tabletkę, potem jednak powinien skierować pacjenta do specjalisty. Kiedy boli nowotwór, to lekarz rodzinny również może pomóc do pewnego poziomu, potem musi wysłać chorego do lekarza medycyny paliatywnej, do hospicjum, które zapewni profesjonalną opiekę.

I wy takie miejsce stworzyliście?

- Stworzyliśmy hospicjum nowoczesne, profesjonalne, zebraliśmy ludzi wykształconych, ludzi uczących się, ostatnio dwie kolejne pielęgniarki zrobiły specjalizacje z pielęgniarstwa opieki paliatywnej . Pomyślałem, że my też jesteśmy inteligentni. Jak dostaliśmy to wyróżnienie, to odważyłem się powiedzieć, że polska wieś nawet z szerokopasmowym internetem, naszpikowana elektroniką nigdy nie będzie inteligentna, jeżeli nie będziemy umieli zadbać o tych, co ją tworzyli, którzy teraz są starzy, zależni, chorzy. I tego żadnym szerokopasmowym internetem się nie załatwi, tutaj potrzebny jest drugi człowiek. Potrzebna opieka, realne wsparcie, a nie urzędnicze z wirtualnej rzeczywistości.

Gdybym pana zapytał o wieś podlaską, to by mi pan powiedział o miłych, serdecznych ludziach i przepięknych krajobrazach. Nikt nie widzi tych ludzi leżących w domach. Nikt nie widzi dwojga samotnych, umierających staruszków, gdzie jeden resztkami sił stara się pomagać drugiemu. Dotykamy naprawdę trudnych rzeczy. Tutaj pomoże tylko człowiek. My właśnie postawiliśmy na człowieczeństwo. My potrafimy sprawić, że ten koniec życia można przeżyć dobrze. Mamy nowoczesne sprzęty, potrafimy odnaleźć wodę w brzuchu, w płucu, nakłuć, spuścić tą wodę, zrobić zabiegi w domu pacjenta. Mamy zestaw małego dentysty. Rak nie wyrzuca wszystkich innych chorób, czasem trzeba jakiś ząb usunąć. Dzisiaj aż trudno to zrozumieć, że jedną z głównych przyczyn takich zaniedbań jest problem z dojazdami do specjalistów. Na wsiach w Polsce ludzie rezygnują z leczenia, bo nie mają jak dojechać, bo nie miał ich kto zawieźć do lekarza. Koniecznie coś z tym trzeba zrobić.

Czy jest pan rdzennym mieszkańcem Podlasia?

- Jestem „obrzydliwym” mieszczuchem z Krakowa, wiele lat przeżyłem w Warszawie, pracując w hospicjach. Potem przeniosłem się na Podlasie w celu założenia hospicjum w takim właśnie miejscu, gdzie nikt przy zdrowych zmysłach go nie otworzy, bo się nie będzie opłacało, bo będzie za daleko, bo będzie biednie, żeby się na tym dorobić. Taki sobie plan postawiłem i taki konsekwentnie realizuję łącznie z budową ośrodka stacjonarnego, którą już rozpoczęliśmy.

grabowski2zajaWKAX

Proszę opowiedzieć o tej inwestycji?

- Jeździmy do naszych podopiecznych już 8 rok i widzimy, że czasami jest taka chwila w życiu człowieka, że ta opieka domowa jest niewystarczająca, bo nie ma sił, bo nie ma opcji, żeby ktoś całą dobę czuwał przy tej osobie, że jest potrzebna opieka stacjonarna. Najbliższe hospicjum jest w Białymstoku, dla jednych to 30, 40, dla innych nawet 70 kilometrów od miejsca zamieszkania. A to oznacza czasami rozstania już na zawsze, bo staruszka, która ma tam umierającego męża, nigdy do niego nie dojedzie. Pomyślałem, że dobrze byłoby ową lukę wypełnić i postawić taki ośrodek gdzieś bliżej, tu w samym centrum naszych działań. Powstaje on w gminie Narew, w wiosce Makówka, w powiecie hajnowskim.

Postanowiłem, że to nie będzie tylko hospicjum. Prowadzimy też edukację, jeździmy do wiejskich szkól, klubów seniora, kół gospodyń wiejskich, do nieformalnych grup działających przy wiejskich parafiach. Opowiadamy o tym, co robimy, uczymy też jak organizować opiekę nad swoim bliskim. To ma być ośrodek hospicyjno-opiekuńczo-edukacyjny. Zależy nam na opiece „wyręczającej”, długoterminowej. Zapewnimy miejsce dla 32 pacjentów.

Waszą inicjatywą zainteresowali się ludzie nastawieni na zysk, co im pan odpowiedział?

- Rzeczywiście zgłosiły się do nas osoby, proponujące swój udział w przedsięwzięciu w zamian żądając realnych zysków. Musieliśmy im wytłumaczyć, że to jest niemożliwe. Jesteśmy Organizacją Pożytku Publicznego i nie możemy mieć zysków, a jeżeli nawet, to można je przeznaczyć tylko na działalność statutową, a nie na podział między udziałowców. Jesteśmy dla ludzi stąd, nie dla bogatych ludzi z Zachodu, żeby mogli sobie w przyjemnych podlaskich okolicznościach umierać. To jest inicjatywa dla ludzi tutaj mieszkających, słabych, zależnych. Opieramy się na darczyńcach, którym wystarczą nasze podziękowania. Chciałbym, żeby ten ośrodek był pomnikiem dla normalności. Gdzie lekarze będą empatyczni, rozmawiający, otwarci. Gdzie będę po prostu leczyć. Gdzie pielęgniarki będą pielęgnować. Gdzie nie będzie traktowania pacjenta jak rzeczy, jak procedurę. Pod tym kątem dobieram sobie personel. Mam nadzwyczajnych pracowników, to są osoby, dla których pacjent jest najważniejszy. To jest myślenie idealistyczne, ale ponieważ udało się z hospicjum domowym, to wierzę, że podobnymi regułami będzie się rządziło powstające hospicjum stacjonarne.

Czy to dla pana rodzaj misji, czy po prostu kolejny etap w życiu zawodowym?

- To jest na pewno rodzaj misji. To jest ten mój rodzaj powołania. Ja to tak odczuwam. Chcę walczyć o godność życia ludzkiego w jego najsłabszym okresie – u kresu. Dużo łatwiej walczy się o dzieci, są piękne, wzruszające i wszyscy chcą pomagać. Dużo gorzej jest ze staruszkami, brzydkimi, pomarszczonymi, którzy już się nażyli. To trudne zadania, tłumaczymy naszym beneficjentom, że ta osoba której zostało jeden, dwa dni życia, kilka godzin to taki sam człowiek jak my - nam też zostało tyle samo życia - aż do śmierci. Trzeba je przeżyć godnie, bez upokorzeń, bez niepotrzebnych cierpień. Tak zaopiekowani ludzie nigdy nie poproszą o eutanazję.

***

Najnowsze