Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Kto rzuca druhom kłody pod nogi?

Oceń ten artykuł
(1 głos)

Przemysław Chrzanowski: Z jakimi kłopotami borykają się dzisiaj jednostki Ochotniczej Straży Pożarnej?

Bogdan Szynczewski, Prezes Zarządu Oddziału Gminnego Związku OSP RP w Skomlinie: - Podstawowy problem to oczywiście brak pieniędzy. Niewiele jednostek w kraju ma ten komfort, że nie musi martwić się o swoją przyszłość. W większości szukamy grosza gdzie się da. A i z tym są kłopoty, ponieważ prawo zabrania nam organizowania publicznych zbiórek. Jeszcze do niedawna, odwiedzając mieszkańców przy okazji świąt wielkanocnych zbieraliśmy pieniądze, dzięki którym stać nas było na drobne rzeczy związane z utrzymaniem strażnicy. Dziś tego robić już nie możemy. Kiedyś wystarczyło zgłoszenie do komendy powiatowej, teraz każdy nasz ruch uzależniony jest od wielu instytucji oraz opłat, jakie należy uiścić na rzecz państwa. Doszło do tego, że obecnie nikt nie chce piastować funkcji kierowniczych w jednostkach OSP, ponieważ społeczne oczekiwania są praktycznie nie do zrealizowania. Po co się zatem narażać na niepochlebne opinie?

Czego dotyczą owe oczekiwania?

- Ludzie na wsi chcieliby loterię fantową, chcieliby przyjść na zabawę taneczną pod chmurką albo w remizie. Tymczasem dziś zorganizowanie loterii fantowej wymaga szeregu zezwoleń i bajońskich opłat, którym maleńka jednostka nie jest w stanie sprostać. Jeszcze więcej obłożeń dotyczy organizacji imprez tanecznych. Trzeba zapewnić profesjonalną ochronę, wykupić zezwolenie na handel alkoholem i zapłacić nie tylko samym muzykantom, ale i ZAiKS-owi. To wszystko generuje koszty, które zrujnowałyby nasze skromne budżety.

Nie pomaga nam państwo, nakładając instytucjonalne opłaty. Proszę sobie wyobrazić, że nawet korekta zapisu w sądzie rejestrowym w trakcie kadencji władz OSP to koszt 500 zł. Takich kłód pod nogami mamy więcej. Parę dni temu dowiedzieliśmy się, że przyjedzie firma, która obejrzy nasz samochód, przystawi pieczątkę i oczywiście wydając pozytywną opinię, bo wóz jest nowy, zainkasuje stosowną kwotę.

A nie można na czymś zaoszczędzić? Kupić na przykład tańsze umundurowanie?

- Oczywiście, że można. Ale do pożaru w takim stroju już nikomu jechać nie wolno. Zastanawialiśmy się ostatnio nad zakupem nieco tańszych hełmów. Jakościowo odpowiednie, wygodne, ale bez stosownego certyfikatu. Trzeba było sobie podarować. Nadal, zatem jesteśmy zobligowani stosować się do swego rodzaju dyscypliny i kupować garderobę we wskazanych odgórnie źródłach. W czasach gospodarki wolnorynkowej to nie do pomyślenia.

No ale sam fakt konieczności uczestnictwa w akcji gaśniczej to w szeregach ochotników rzecz chyba bezdyskusyjna. Chęć pomagania drugiemu człowiekowi przecież jest bezcenna.

- No tak, ale strażacy ochotnicy przecież gdzieś pracują i mają swoich szefów, którzy nie dadzą im wolnego. Żaden właściciel piekarni nie wypuści pracownika do pożaru, bo w przeciwnym razie straci na przykład ciasto do wypieku kilkuset bułek. Przykłady można by mnożyć. Tutaj nasz system szwankuje, bo dla porównania na Zachodzie na pracodawcę, który utrudnia udział pracownika w akcji ratowania życia i mienia, nakłada się bardzo wysokie kary.

Mamy ponadto olbrzymie kłopoty ze zorganizowaniem szkoleń dla naszych druhów. Z uwagi na ich obowiązki zawodowe jesteśmy zmuszeni robić je w weekendy. Jest to do wykonania w sytuacji, kiedy organizujemy kursy na miejscu, kiedy przyjdzie jechać na drugi koniec Polski, trzeba brać bezpłatne urlopy. To także generuje dodatkowe koszty, ponieważ w grę wchodzi odległy dojazd a także konieczność zakwaterowania w hotelach.

Dziś do pożaru nie może pojechać człowiek z ulicy. Tylko profesjonalnie przygotowany druh jest w stanie poradzić sobie z nowoczesnym sprzętem.

- To oczywiste, ale z drugiej strony owa profesjonalizacja powoduje, że gdzieś zatraca się ten pierwotny duch bojowy. Kiedyś, gdy zawyła syrena, człowiek rzucał grabie i prosto z pola na złamanie karku gnał do remizy. Dziś jest to wyzwanie dla nielicznych. Potrzebne są konkretne uprawnienia oraz badania, za które, rzecz jasna, trzeba słono zapłacić. A co w sytuacji, kiedy wybucha pożar, a wszyscy z papierami będą w pracy? Mamy wybór – albo pozwalamy spłonąć stodole do końca, albo działamy z ludźmi, których mamy pod ręką.

Proszę sobie wyobrazić, że obecnie druhowie zza Odry przyjeżdżają do nas, by uczyć się tego, co stanowi otoczkę działalności OSP. W pędzie za profesjonalizacją działań gdzieś zgubili wspomnianego ducha bojowości, zatracili poczucie przywiązania do tradycji. A mówię o tym dlatego, bo paradoksalnie sami podążamy ich śladem.

Czy młodzież garnie się do straży? Wielu młodych ludzi uważa, że to niemodne.

- Wprost przeciwnie. Na tym polu wszystko jest w najlepszym porządku. Mamy młodzieżowe drużyny pożarnicze, z których w niedalekiej przyszłości rekrutować się będą wartościowi druhowie. Wiadomo, że wielu z nich wyjedzie za pracą do miasta, czy za granicę, ale jeśli 2-3 zostanie, to to należy poczytać za sukces. Nie mogę też do końca zgodzić się z tym, że to niemodne. Udział w akcjach wyzwala adrenalinę, a ta uzależnia. Poza tym strażacki mundur daje poczucie prestiżu, młodzi ludzie szukają obszaru, w którym mogą się wyróżnić i my im taką szansę dajemy.

***

Ostatnio zmieniany czwartek, 01 wrzesień 2016 12:58

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Dołącz do nas

      YTxyXYx