Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Pan od świetlic

 

Podczas dorocznych spotkań przedstawicieli organizacji działających na wsi nietrudno spotkać Andrzeja Miturę, prezesa Stowarzyszenia „Pomocna Dłoń”, zajmującego się tworzeniem i prowadzeniem świetlic socjoterapeutycznych. W Marózie gościł już czterokrotnie, nie zabraknie go i tym razem.


Andrzej Mitura.

Przemysław Chrzanowski: Dlaczego tak często pan tu przybywa?

Andrzej Mitura: - Zawsze staram się być tam, gdzie istnieje szansa na międzyludzką wymianę doświadczeń. Kiedy byłem tutaj po raz pierwszy, nasze stowarzyszenie prowadziło trzy świetlice socjoterapeutyczne, dziś jest ich aż osiem. Ten znaczący progres uzależniony jest między innymi od stale rosnących kompetencji naszej załogi. Znacząco poszerzamy je również tutaj w Marózie, odbywa się to nie tylko w trakcie wykładów i zajęć praktycznych, ale i podczas kuluarowych rozmów z uczestnikami spotkania.

Dla kogo tworzycie swoje świetlice?

- Nasze placówki powstają z myślą o dzieciach z rodzin patologicznych. Mam tu na myśli

środowiska z problemem alkoholowym, w grę wchodzą także narkomania, skrajne ubóstwo, czasem wielodzietność. Z uwagi na fakt, że z takimi zjawiskami spotykamy się nader często, nasze działania mają sens. Tworzymy małe centra kultury, które dają najmłodszym szansę na przeżycie w miarę szczęśliwego dzieciństwa.

Na jakich zasadach funkcjonują wasze świetlice?

- Od samego początku zakładaliśmy, że nasze placówki musza pełnić funkcję integracyjną. Wiedzieliśmy, że jeśli zamkniemy w czterech ścianach tylko dzieci z dysfunkcjami społecznymi, reszta środowiska jeszcze bardziej się do nich zdystansuje. Dlatego otworzyliśmy podwoje dla wszystkich chętnych. Osiągnęliśmy w ten sposób cel, jaki sobie założyliśmy. Obok dzieci pochodzących z rodzin z problemem alkoholowym, uczą się i bawią te z tak zwanych dobrych domów. Rozmawiają z sobą, nawiązują przyjaźnie - słowem burzą dotychczasowe bariery międzyludzkie. Ze swojej strony staramy się nie dopuszczać do jakichkolwiek konfliktowych sytuacji, dążymy do budowania relacji czysto partnerskich. Jesteśmy zadowoleni kiedy dzieciaki wzajemnie pomagają sobie na przykład przy odrabianiu lekcji. Dla wielu z nich to jedyna szansa na opanowanie materiału, omawianego podczas szkolnych zajęć. W domu nikt nie jest w stanie im pomóc, bo rodzice nadużywają alkoholu, albo zwyczajnie nie maja czasu dla kilkorga pociech. Bywa, że nauka w domu jest niemożliwa ze względu na brak energii elektrycznej, ludzie w swoim ubóstwie nie płacą za prąd, a potem trzeba dziecku przy świeczce ślęczeć.

Nie wierzę, że w gronie młodych ludzi nie dochodzi do konfliktowych sytuacji.

- Oczywiście, że dochodzi. Ale przez te wszystkie lata udało nam się wypracować sposób rozwiązywania tego typu problemowych sytuacji. Jak już wcześniej podkreślałem stawiamy na partnerstwo i w tym kontekście oddajemy sprawiedliwość w ręce samych dzieci. Jeśli któryś z naszych wychowanków coś przeskrobał, sam musi do tego się przyznać w obliczu całej grupy. I to jego koledzy udzielają mu nagany, a nie wychowawca. Winowajca szczegółowo opowiada jaki popełnił błąd i sam sobie wymierza karę. Jeśli jest za łagodna, lub zbyt sroga, grupa natychmiast reaguje. Proszę mi wierzyć to się sprawdza. Wyrok grupy traktowany jest niczym świętość. Najgorszym wymiarem kary jest zakaz przychodzenia do świetlicy przez jakiś czas. Pamiętam taki przypadek, kiedy jedna z dziewcząt za pewien przykry występek wymierzyła sobie karę tygodnia bez świetlicowych zajęć. Potem każdego dnia przychodziła i stawała na progu. Opiekunowie widząc takie zachowanie prosili ją do środka, ale sumienie nie pozwalało jej przyłączyć się do zabawy. Bardzo to przecierpiała, potem z jej zachowaniem nie było już żadnego problemu.

Co na to rodzice? Czy nie mają pretensji o to, że staracie się wpływać na życie ich pociech?

- Wprost przeciwnie. Rodzice wielu dzieci mają do nas pretensje, że mamy tak ograniczoną liczbę miejsc. Atakują nas, że dziecko sąsiadów to zapisaliśmy, a o nich zapomnieliśmy. Dlaczego tak się dzieje? Bo wiedzą, że u nas ich pociechy mogą liczyć na fachową, kilkugodzinna opiekę, że pod okiem pedagogów odrobią lekcje, że maja stały dostęp do pomocy naukowych, czy choćby Internetu, za który nie trzeba płacić. W jednej z miejscowości zainteresowanie ofertą naszej świetlicy było tak duże, że musieliśmy zaplanować zajęcia rotacyjne. Najpierw otwieramy podwoje dla uczniów ze szkoły podstawowej, a kilka godzin później dla gimnazjalistów. I w ten sposób ze świetlicy każdego dnia korzysta w sumie około 50 dzieci.

Praktycznie każdego roku otwieracie nową świetlicę socjoterapeutyczną. Jesteście pod tym względem niekwestionowanymi liderami na skalę całego kraju. Może pan zdradzić jak to się robi?

- Najważniejsza jest pasja... Jeśli znajdziemy w swoim gronie pasjonata, który będzie chciał pracować z dziećmi, poświęcać się im bezgranicznie, a przy tym nie będzie oglądał się na pieniądze, to istnieje duża szansą na powodzenie (Proszę mnie źle nie zrozumieć, osoby pracujące w świetlicach otrzymują wynagrodzenie, ale jest ono nieadekwatne do wysiłku jaki wkładają w codzienną pracę z dzieciakami).

Wiadomo jednak , że same dobre chęci nie wystarczą...

- Potrzebna jest też siła przebicia i umiejętność pozyskiwania pieniędzy. Taką możliwość stwarza założenie organizacji pozarządowej. W naszym wypadku było to stowarzyszenie, które powstało w 2001 roku. Trzy lata później uzyskaliśmy dodatkowo status organizacji pożytku publicznego. Ale żeby było jasne: świetlicę może założyć każda inna pozarządówka działająca na wsi. Może to być ochotnicza straż pożarna, albo koło gospodyń, ważne, by wiedzieć, gdzie zasięgnąć fachowej pomocy. W każdej części naszego kraju funkcjonują organizacje, które mają bogate doświadczenia w budowaniu podobnych ośrodków. I to do nich w pierwszym rzędzie należy zapukać. I tu są dwa wyjścia: albo pomogą nam stworzyć świetlicę oraz wskażą gdzie szukać pieniędzy na jej prowadzenie, albo przejmą kompleksowy nadzór nad placówką, niejako wcielając ją w swoją sieć świetlic.

Jaką rolę pełni w tym miejscu samorząd gminny?

- Otwarcie trzeba zaznaczyć, że bez porozumienia z gminą niczego nie załatwimy. Z wójtem oraz radnymi należy rozmawiać od samego początku, bo to od nich zależy jakie pieniądze będą rezerwować na choćby częściowe utrzymanie placówki. Zazwyczaj od gminy zależy także przydział pomieszczeń, w których można zlokalizować świetlicę. A tych w wielu małych miejscowościach nie brakuje, są to między innymi budynki po zlikwidowanych, nierentownych szkółkach filialnych. Ich ponowne zagospodarowanie samorządom jest z reguły na rękę, taki obiekt znów zaczyna tętnić życiem, znów zaczyna skupiać wokół siebie młodych ludzi, wreszcie znów pełni rolę jedynej ostoi kultury w miejscowości. Jeśli chodzi o nasze stowarzyszenie to korzystamy z pomieszczeń użyczonych przez funkcjonujące placówki oświatowe, mamy podpisane umowy z dyrektorami szkół, które sankcjonują przydział czasem nawet kilku sal. W Bogdance mamy na przykład aż dwa przestronne pomieszczenia, przeznaczone wyłącznie na rzecz świetlicy. 

W wielu miejscowościach funkcjonują świetlice wiejskie, ale ich profil jest zupełnie odmienny od tego, o którym rozmawiamy. Organizuje się tam spotkania kół gospodyń wiejskich, czasem dzieciaki przyjdą pograć w tenisa stołowego, a młodzież urządzi dyskotekę. Jak sprawić, by placówka ta miała wymiar głównie edukacyjny?

- Kiedy będziemy rozmawiać z wójtem, od razu należy się zastanowić nad tym czy chcemy utworzenia zwykłej świetlicy wiejskiej, czy świetlicy socjoterapeutycznej. To drugie rozwiązanie gwarantuje właśnie ów profil edukacyjny, ale za to podlega dość restrykcyjnym zapisom ustawowym. Zajęcia muszą trwać co najmniej cztery godziny przez pięć dni w tygodniu, a nad dziećmi czuwać muszą wykwalifikowani opiekunowie.

A co z pieniędzmi na prowadzenie takiej placówki?

- To jest następny krok, jaki należy podjąć rozmawiając z lokalnym samorządem. Kiedy wspólnie zadecydujemy o utworzeniu placówki, natychmiast powinniśmy nakreślić kształt budżetu przeznaczonego na jej utrzymanie. Gmina musi bowiem zarezerwować środki we własnym budżecie, najczęściej dzieje się to wiele miesięcy wcześniej podczas tworzenia tzw. prowizorium budżetowego. Na tym nie koniec, zgodnie z przepisami musimy wziąć jeszcze udział w konkursie na prowadzenie zajęć świetlicowych – taką drogę narzucają zapisy ustawy o działalności pożytku publicznego. Ale nie oszukujmy się, jeśli jesteśmy pionierami w tej dziedzinie, gmina przyzna nam pieniądze choćby dlatego, by zorientować się, czy nam się powiedzie. Jeżeli sprawdzimy się, a zarazem wyrobimy sobie pewną markę, to o następne konkursy możemy być spokojni. Dodatkowym zastrzykiem finansowym dla organizacji pozarządowej prowadzącej świetlice mogą być środki z tytułu jednego procenta podatku dochodowego, przekazywanego przez podatników przy corocznych rozliczeniach. Aby móc starać się o te pieniądze, trzeba uzyskać status organizacji pożytku publicznego. Zanim zaczniemy się o niego ubiegać, nasze stowarzyszenie musi prężnie funkcjonować co najmniej przez dwa lata.

Fot. Autor         


Wyświetl większą mapę 

Stowarzyszenie „Nasza Świetlica – Pomocna Dłoń” Bogdanka 75, 21-013 Puchaczów



 Fot. Autor       

***  

Zobacz również:

Źródła finansowania działalności świetlic wiejskich

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Dołącz do nas

      YTxyXYx